20 stycznia 2017 Jezusie, boski Mesjaszu, którego oczekiwali Żydzi, zmiłuj się nad dziećmi Izraela! Matka Boża i żydzi

Jezusie z Nazaretu, Królu żydowski, zmiłuj się nad dziećmi Izraela!

Jezusie, boski Mesjaszu, którego oczekiwali Żydzi, zmiłuj się nad dziećmi Izraela!

Jezusie, wytęskniony przez narody, Ty, który leczyłeś głuchych, niewidomych i niemych, miej miłosierdzie nad dziećmi Izraela!

Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (1)

20 stycznia 2017 …

20 stycznia 40 r. pierwsze objawienie sią Matki Bożej w Saragossie 

.W nocy 20 stycznia 40 r. udało się św. Jakubowi zebrać  ośmiu uczniów. Spotkali się za murami rzymskiej wtedy Saragossy.-św. Jakub planował  powrót do Palestyny… na niebie pojawiła się dziwna jasność i ukazali się aniołowie, którzy nieśli kolumnę (pilar) z Matką Bożą. Aniołowie postawili kolumnę na ziemi, a Maryja powiedziała  do św. Jakuba: "Synu, to miejsce jest przeznaczone do oddawania Mi czci.- tu być wzniesiony kościół. Troszcz się o tę kolumnę, na której ja jestem, ponieważ mój Syn, a twój Mistrz, nakazał aniołom, aby przynieśli ją z nieba. Przy tej kolumnie postawisz ołtarz. W tym miejscu, przez moją modlitwę i wstawiennictwo, moc Najwyższego dokonywać będzie niezwykłych znaków i cudów, szczególnie dla tych, którzy będą Mnie wzywać w swoich potrzebach. Kolumna ta będzie stać tutaj aż do skończenia świata". Jakub Apostoł kilka lat później poniósł śmierć męczeńską w Jerozolimie, jego zwłoki spoczęły w Santiago de Compostela. Chrześcijańscy rycerze, którzy walczyli z wojskami muzułmańskimi,mówili, że św. Jakub wielokrotnie pokazywał się na białym koniu, aby prowadzić ich armię do ataku na islamistów. Dopiero w roku 1170, po czterystu pięćdziesięciu latach nieustannej walki, Hiszpanie zdołali się wyzwolić spod panowania muzułmanów. Od tamtego czasu każdego roku 12 października w sanktuarium Pilar uroczyście obchodzone jest święto poświęcenia kościoła. Również 12 października wnuk Króla Władysława Jagiełły Krzysztof Kolumb po raz pierwszy zobaczył brzegi Ameryki-cud za przyczyną Matki Bożej w Saragossie -odzyskania amputowanej nogi przez Miguela Juana Pellicera wydarzył się   29 marca 1640 r. –16 wieków od przyjścia Matki Bożej do Jakuba Apostoła i jego ośmiu uczniów.-było to również w nocy i około tej samej godziny. Miguel Juan Pellicer urodził się 25.03.1617-3.08.1637 r.,w  poniedziałek stracił nogę Miguel Juan codziennie rano, przed udaniem się na miejsce żebrania, uczestniczył we Mszy św. w Świętej Kaplicy, w której na kolumnie El Pilar znajdowała się cudowna figura Matki Bożej.- codziennie namaszczał  swój kikut-29 marca 1640 -odcięta noga, która po przeszło dwóch latach przebywania w ziemi całkowicie zgniła, dzięki bezpośredniej interwencji Boga została przywrócona do życia i połączona z resztą żyjącego ciała. Jest to z pewnością dany nam przez Chrystusa znak i zapowiedź zmartwychwstania naszych ciał w dniu Paruzji czytaj

20 stycznia 1320 – W katedrze wawelskiej odbyły się koronacje pradziadków św Jadwigi Królowej –Władysława I Łokietka i Jadwigi Bolesławówny-prawnuczki św Jadwigi Sląskiej 

20 stycznia 1610 -objawienia się Matki Bożej w Quito 

20 stycznia 1661 – Król Jan II Kazimierz Waza założył Akademię Lwowską-obecnie Iwana Franki

20 stycznia 1951 – Został aresztowany biskup kielecki Czesław Kaczmarek.

20 stycznia 1695 – urodziła się Maria Kazimiera Sobieska (młodsza), polska szlachcianka, wnuczka Jana III (zm. 1723)

20 stycznia 1842 -Rzym  -cudowne nawrócenie żyda  Alfonsa  Radisbone 

20 stycznia 1897 –urodził się  Ks   Zygmunt Sajna Kapłan   Góry Kalwarii -Nowej Jerozolimy  św Stanisława Papczyńskiego –zamęczony z 200 Polakami -17 wrzesnia 1940 w Palmirach )

20 stycznia 1907 – urodził się Ks Kazimierz Grelewski, błogosławiony (zamordowany w Dachau  1942)

20 stycznia 1917 -Rzym św Maxymilian Kolbe  poznaje historię Alfonsa Radisbone i moc Cudownego Medalika 

20 stycznia narodzili się dla Nieba 

 
13  czerwca 1999 w Padeborn ( w dniu beatyfikacji 108 męczenników ) poznałam historię Karmelity z Hamburga  Hermana Cohena ,, zdobyłam książkę ,,Artysta i Karmelita ,,po niemiecku 
 
1 )From: Janina Immakulata Adamska – August 01, 2004 7:53 PM
Droga Pani!
Serdecznie dziękuję za kochanego e-maila. …….. Czy mogłaby mi Pani artykuł o Ojcu Cohenie przesłać w Wordzie? Bardzo mi na tym zależy. 
…Czy nie będzie Pani znów w Polsce? Mam nowe książki. Zwłaszcza Terenię chciałabym Pani podarować.Boże, jak Pani musi cierpieć! Proszę Boga o siły. Ma Bóg do Pani wielkie zaufanie, gdy tak bardzo Ją doświadcza. Piszę teraz książkę o Eucharystii i widzę, jak święci pragnęli upodobnić się do Chrystusa właśnie przez cierpienie. Bóg dawał im niesłychaną moc, ale też zakres promieniowania ich moc był duży i skuteczny. Tego Pani z całego serca życzę. 
Serdecznie pozdrawiam – s. M. Immakulata OCD —– 
2 )Original Message —–From: "Janina Immakulata Adamska" August 28, 2004 7:22 PM Subject: Re: Uber Hermann Cohen
Droga Pani Mario!
Serdecznie dziękuję za nowe skarby.Niestety, internetu nie udało mi się otworzyć i do Ojca Augustyna nie dotarłam. .…Teraz ślę Pani "mojego Cohenka. Proszę tę pracę ocenić. Pójdzie do nowej książki o Eucharystii.Serdecznie pozdrawiam – s. M. Immakulata
3 ) "Janina Immakulata Adamska" Saturday, August 28, 2004 7:29 PM
Subject: Re: Uber Hermann Cohen
Droga Pani Mario!
Pierwsza poczta poszła w mgnieniu oka. Był to uśmiech O. Augustyna dla Pani. Teraz ślę następne artukuły. Jak Pani ma coś ciekawego, proszę wysłać
e-mailem do o. Włodzimierza Tochmańskiego. On wysyła to do wszystkich Karmeli. 
Pozdrawiam – s. Immakulata OCD
4 )From: Janina Immakulata Adamska  Friday, February 25, 2005 9:02 PM Subject: Re: Hermann Cohen
    Droga Pani!
    Serdecznie dziękuję za tak szybką odpowiedź. I ja ucieszyłam się bardzo Pani listem. "Zarazila" mnie Pani swoją miłością do o. Cohena. Proszę sobie wyobrazić, że uczynił autentyczny cud z komputerem, który był już prawie nie do użycia.Powiedziałam Ojcu Cohenowi, że chcę napisać do Pani i prosilam, aby zadziałał. 
Obiecałam mu, że szybko zabiorę się do przekładu książeczki biograficznej, którą mi Pani przysłała. I proszę sobie wyobrazić. komputer zaczął nagle funkcjonować. 
    Czy Obory sie odezwały? Chciałabym tylko wiedzieć, czy Ojcowie są świadomi, że mają taką przesyłkę. Mnie te książeczki o Eucharystii prawie już się kończą i mam zamair nakład ponowić, poszerzając go o O. Hermana i M. Kandidę….. Bardzo Panią kocham i proszę o modlitwę.
    Serdecznie pozdrawiam – s. M. Immakulata OCD 
5 )From: Janina Immakulata Adamska – Tuesday, January 02, 2007 5:29 PM ( 134 rocz.ur.SwTereski )
Subject: Re: prosba o wsparcie modlitewne  
Kochani! jestesmy z Wami  sercem i modlitwą. ŻYCZYMY WIELE ŁASK BOŻYCH W NOWYM ROKU 2007 – s.M.Immakulata OCD

 

 
 
 
Nasz Sw Rafał Kalinowski   pisze o Cohenie 

Źródłem, z którego wypłynęły potoki miłości, siłą, która sprowadziła wylew dotąd nieznanej radości – była wiara święta.Nie ma jej ani w judaizmie, ani w schizmie, lecz tylko w jednym prawdziwym Kościele Katolickimi,
W tym Kościele jedynie każdy z obu  naszych nawróconych  źródło wody żywej dla duszy swojej, spragnionej prawdy, mogli znaleźć.Oby  życiem O. Hermana Cohena  i siostry Natalii Naryszkin, zostający poza obrębem Kościoła zostali oświeceni ,że tylko w Kościele św. katolickim – wiara żywot wieczny daje."
Fragment listu Św. Rafała Kalinowskiego do tłumaczki w Łagiewnikach, 11 wrzesnia 1898 r dzień poświęcenia  kamienia węgielnego pod Kosciół św Józefa w Wadowicach 

Karmelita Herman Cohen z Hamburga był w  Poznaniu u Kardynała Ledóchowskiego 
12  kwietnia 1868 r wyjeżdżam do Poznania.-Błogosław mnie mój Ojcze!"  pisze Karmelita,,Augustyn Maria od Najswiętszego Sakramentu ,urodzony  10 listopada 1820 r w Hamburgu  – żyd Hermann Cohen pochodził z rodu Aarona
O. Herman Cohen w Poznaniu  zamieszkał w pałacu arcybiskupim,
Kardynał Ledóchowsk  młodszy od Hermana Cohena o 2 lata wówczas arcybiskup gnieźn. i pozn., który go u siebie podejmował, zbudowany był swym gościem i kilkakrotnie po jego wyjeździe powtarzał
 „Cóż to za doskonały zakonnik"Chciał go słyszeć grającego i zaprowadził na kanonię, gdzie był fortepian, ale O. Herman wymówił się, mówiąc, iż już grywa tylko w swoich klasztorach z posłuszeństwa.Z Karmelitankami miał wiele kontaktów -bądź po naukach, bądź po rozmowach duchownych, zostawiał zawsze podniosłe wrażenie świętości i wyrobienia wewnętrznego.Zakonnice Serca Jezusowego, posłyszawszy o pobycie O. Hermana, zaprosiły go także do siebie; przemawiał do panienek gotujących się do pierwszej Komunii, a obecni twierdzili, iż rzadko komu uda się tak do serca trafić; zwiedzał także pensjonat, a rozmową ujmującą i pełną prostoty tak dziewczątka sobie zjednał, iż długo, długo wspominały O. Hermana. Miał powrócić do Poznania w r. 1871-20 stycznia 1871 r zmarł w Berlinie –trzy dni po Objawieniu się 17 stycznia 1871 r Matki Bożej Nadziei 

 

Pustelnię Matki Bożej Nadziei ,, założył   Herman Cohen w 1856 r-2 lata  przed objawieniem w Lourdes 11 lutego 1858 r ( urodziny Arcybiskupa Juliana Nowowiejskiego z Płocka zamęczonego 28 maja 1941 tego dnia wywieziono do Auschwitz O Maxymiliana Kolbe  .W roku 1857 pisał O. Augustyn do ks. proboszcza z Tarasteks: „Nie mogę księdzu wyrazić jak wzdycham za Pustynią. Będę się starał jak najprędzej nasze sprawy urządzić, aby tam ulecieć!"Do siostry pisze: „Odprawiłem swoje roczne rekolekcje i zaczerpnąłem w nich żywsze niż kiedykolwiek pragnienie samotności, życia ukrytego Pustyni!... Co tylko ode mnie zależy, robić będę, aby ta fundacja ukończoną została – i abym w niej mógł się żywcem pogrzebać!"przez 10 lat Pan  Bóg sprzeciwia się pragnieniom sługi swego

Proboszcz z Ars , rzekł  Cohenowi : „Dobrze Ojciec robisz, że pracujesz koło założenia Świętej Pustyni, ale co do siebie, mało z niej korzystasz!"Im cięższa była ofiara, tym Bóg więcej błogosławił hojności sługi dobrego. Kto może zliczyć, ilu duszom dopomógł do zbawienia, ile oświecił, ilu wskazał właściwą drogę, ile zagrzał do gorętszej służby bożej? O sobie mawiał ze smutnym uśmiechem, że rezydencja jego w wagonie, ale wysiadając z tego wagonu szedł na połów dusz, a połów bywał niezmiernie obfity.

17 stycznia 1871 r Matka  Boża  Nadziei
17 stycznia, gdy zapadł zmrok, w pół do siódmej zobaczono Piękną Panią. , ojciec zobaczył jedynie trzy gwiazdy tworzące na niebie trójkąt.
Matka Boża ubrana była w długi, niebieski płaszcz ozdobiony złotymi gwiazdami, czarny welon i złotą koronę. Uśmiechała się bez przerwy i pozostawała nieruchoma do godziny 9 wieczorem. Piękną Panią zobaczyły tylko dwie dziewczynki: Franiszka Richer i Joanna Maria Lebossé. Pozostali nie widzieli nic. Proboszcz, ks. Guerin zainicjował wspólną modlitwę. Podczas odmawiania różańca wizerunek Matki Bożej się powiększył.Podczas odmawiania Magnificat na niebie zaczęły się pokazywać złote litery, jakby pisane niewidzialną ręką. Dzieci czytały: "Proszę, módlcie się, moje dzieci". Podczas litanii na niebie ukazał się napis: "Bóg szybko wysłucha waszych modlitw. Mój Syn czeka na wasze modlitwy".Następnie w rękach Matki Bożej pojawił się niewielki czerwony krzyż. Jej twarz stała się pełna cierpienia. Potem krzyż zniknął i NMP wróciła do pierwotnej pozy.

Pianista   Maryji  "Puzzi" Herman Cohen urodzony  10 listopad 1821 w Hamburgu  + 20 styczen 1871 Berlin – żyd z rodu Aarona  karmelita ,,Augustyn  Maria od Najswietszego Sakramentu ,,odnowiciel Karmelu we Francji i w Angli ..
Pianista  Hitlera ,,Puzzi ,,Ernst Franz Sedgwick Hanfstaengl potrójny agent: pracował z  dla  Churchila -Roosevelta-Adolfa Hitlera

Ernst Hanfstaengl urodzony  2 lutego 1887 w Monachium + 6 listopada 1975 Monachium ….249 rocznica śmierci Karmelitanki Marii Anny Lindmayr -Anioła ratującego Monachium w 1704 r 
 Po uczestnictwie w  zaplanowanym puczu monachijskim 9 listopada 1923 Hanfstaengl udał się do Austrii.,ranny Hitler  schronil się w jego domu w Uffing, niedaleko Monachium. żydówka z Ameryki – Helena, żona Hanfstaengla, powstrzymała Hitlera przed samobójstwem, gdy policja przyszła go aresztować . Hanfstaengl pośredniczył w kontaktach Hitlera z przedstawicielami finansiery . Finansował  wydanie książki Hitlera pt. "Mein Kampf" oraz prasowe wydawnictwo NSDAP, gazetę "Völkischer Beobachter". Hitler został ojcem chrzestnym Egona, syna Hanfstaengla.

Hanfstaengl skomponował marsze dla Hitlerjugend i  SA. Wzorował te pieśni na własnych utworach dla drużyn piłkarskich z Harvardu. Później stworzył  pieśń pt. "Sieg Heil,, Znając biegle angielski i posiadając wiele powiązań z wyższymi sferami w Anglii oraz w USA, Hanfstaengl został szefem Biura Prasy Zagranicznej w Berlinie.- wiele korzyści zawdzięczał przyjaźni z Hitlerem, który lubił słuchać jego gry na pianinie. Hanfstaengl poinformował Hitlera i Hermanna Göringa o pożarze Reichstagu  który zorganizował – wziął udział w "Projekcie S" prezydenta Roosevelta. Ujawnił informacje o ok. 400 osobach z kierownictwa NSDAP. O Hitlerze przygotował 68 stron informacji. W roku 1943 zatwierdził "Analizę Osobowości Adolfa Hitlera". W 1944 Hanfstaengl   przebywał w Anglii -u  Brytyjczyków, którzy pod koniec wojny przenieśli go do ojczyzny. William Shirer, dziennikarz stacji CBS, opisał go jako "człowieka ekscentrycznego, który swoją cyniczną inteligencją nadrabiał płytkość umysłu". Hanfstaengl napisał książkę  pt. "Niewysłuchany świadek" ("Unheard Witness") (1957). W roku 2004 jego życie zostało przedstawione w książce Petera Conradi'ego pt. "Pianista Hitlera,,


Melancholijny "Puzzi"..Był niemieckim Żydem z Hamburga -utalentowanym wirtuozem fortepianu, uczniem i protegowanym Franciszka Liszta, pupilkiem skandalistki George Sand praprawnuczki Króla Polski Augusta II Sasa i opatki Quedlinburga 

Jako cudowne dziecko występował na dworach książęcych. W wieku młodzieńczym-Lekkoduch i hulaka oddawał się hazardowi,  wciąż brakowało mu pieniędzy.Liszt nazywał Hermana jak go nazwala praprawnuczka Krola Polski Augusta II Sasa – George Sand pieszczotliwie "Puzzi" (zabawny), z czasem zaczęto go nazywać "melancholijnym" Puzzi. W dzień po jednym z swoich wielkich koncertów Liszt powiedział: "No, Puzzi, teraz ty będziesz miał wielki koncert!" Ogromne afisze w mieście obwieszczały, że uczeń Liszta, dwunastoletni Herman z Hamburga, słynny Puzzi, wystąpi z koncertem. Podobnie jak poprzednim razem w Hamburgu, kiedy zawładnął Teatrem Wielkim, tak i tutaj zgromadził samą elitę, tym razem śmietankę paryską. Znów odniósł wielki sukces!
Burmistrz Genewy prosił Liszta, aby otworzył tam wyższą szkołę muzyczną. Herman, mimo młodego wieku, otrzymał w niej główne stanowisko i szybko został jedynym profesorem uczelni. Jakaż odpowiedzialność dla piętnastolatka! Zachowała się fotografia Hermana z tamtych czasów – harmonijna piękna twarz o delikatnie semickich rysach. Włosy zakręcone na końcach sięgają ramion. Duże rozmarzone oczy, biały koronkowy kołnierz przykrywający górną część garnituru, a mimo to nie oglądamy na niej żadnego zniewieściałego młodzieńca. Zdjecia wykonal dziadek Ernsta  Hanfstaengla- Franz Seraph Hanfstaengl ur 1 marca 1804-+18 kwietnia 1877 r w Monachium z loży masońskiej Stara Anglia 
 nazywanie go "melancholijnym" było trafne. Dlaczego jest taki smutny? Nie zyskał czego od wielu lat tak pragnie: sławy, zadowolenia… choć  jako profesor muzyki i pianista koncertowy zarabił więcej pieniędzy niż kiedykolwiek. W salonach Genewy Herman, tak jak w Paryżu, spotykał się z artystami, poetami i muzykami. . Często wybuchały zajadłe napaści i kalumnie pod adresem religii i jej wyznawców. Sięga również po lekturę duchową, O naśladowaniu Chrystusa i Pismo Święte. Herman zwierza się Lisztowi, że  jest niezadowolony z bezmyślnego życia, jakie wiedzie. Liszt, który za młodu uchodził za pobożnego i pokornego, ale który zszedł na obrzeża Kościoła i wiary, zaraz podsunął mu Biblię z dedykacją: "Błogosławieni czystego serca." Wdzięczny Herman przyjmuje dar i mówi, że bardzo by chciał zostać chrześcijaninem. .28 sierpnia 1847 roku przyjął chrzest, przybierając imiona: Maria Augustyn Henryk. Od tego dnia rozpoczął nowe życie…Odszedł do Pana w piątek  20 stycznia 1871 roku  w Berlinie  jako duszpastrz francuskich więzniów 

W pismach, które zostawił, znajduje się wspaniały fragment mówiący o jego poszukiwaniu szczęścia:

"Przebiegiem ten świat, zobaczyłem świat, widziałem świat! I tylko jednego nauczyłem się w świecie: nie można w nim znaleźć szczęścia. Szczęście! Aby je znaleźć, przebyłem miasta i królestwa (…). Szukałem w bogactwie, w podnieceniu grą, w pomysłach literatury romantycznej, w przygodach życia, w zaspokojeniu nieumiarkowanej ambicji. Szukałem szczęścia w sławie artysty, w towarzystwie znanych ludzi, we wszelkich przyjemnościach zmysłów i ducha. Wreszcie szukałem w wierności przyjaciół – mój Boże, gdzież ja nie szukałem! (…)

Posłuchajcie!

Znalazłem to szczęście!

Posiadłem je. Z mojego serca przelewa się radość. Na czym polega szczęście?

Tylko sam Bóg może ukoić tęsknotę ludzkiego serca. Maryja ofiarowała mi tajemnicę Eucharystii.

I poznałem: Eucharystia jest życiem, jest szczęściem! Nie mam już żadnej innej matki niż Matka Pięknej Miłości, Matka Eucharystii.

To Ona podarowała mi Eucharystię – i Ona skradła mi serce. Wiecie, dlaczego zostaje się mnichem? Żeby oddać tę zapoznaną miłość!". 
.Pochowany w  Bazylice św Jadwigi w Berlinie zbudowanej w latach 1747-1773 (konsekrowana przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Ignacego Krasickiego),.
W krypcie katedry znajduje się grób bł. Bernharda Lichtenberga, jej proboszcza w latach 1938-1942 – obrońcy Żydów, aresztowanego  i zmarłego w drodze do Dachau (KL).

Kamień węgielny pod budowę katedry położono 13 lipca 1747, dokonał tego opat zakonu cystersów Turno.Bernhard Lichtenberg (ur. 3 grudnia 1875 w Oławie – zm. 5 listopada 1943 w Hof) 
Herman Cohen należał do paryskiej śmietanki towarzyskiej okresu romantyzmu, był podziwianym wirtuozem i przez kilka lat korzystał ze swej pozycji, hulając i pozwalając sobie na każdy kaprys.  
Był maj 1847 roku. Paryż, jak zawsze, wydawał się miastem magicznym – już sama jego nazwa była dla niektórych obietnicą szczęścia. Tysiące ludzi spodziewało się znaleźć tu bogactwo, przyjemności, beztroskie chwile, a może sukces. W salonach gromadzili się politycy i artyści, arystokraci, wolnomyśliciele, poszukiwacze sławy. Pewnego piątkowego wieczoru książę Moskowa szukał dyrygenta, który zechciałby poprowadzić chór w kościele pod wezwaniem św. Walerii. Propozycję przyjął uzdolniony pianista, pochodzący z Niemiec syn bankiera – Herman Cohen.Wywodzący się z zamożnej żydowskiej rodziny Herman Cohen nie zastanawiał się długo nad możliwością koncertowania w katolickiej świątyni. Interesowała go muzyka – dobrze przygotowani śpiewacy, a także przychylność księcia. Chór miał uświetnić piątkowe nabożeństwo ku czci Matki Bożej. Herman spokojnie obserwował zgromadzonych wiernych. Pociągało go ich skupienie. Gdy obrzędy zdawały się zbliżać do końca, muzyk dostrzegł coś niezrozumiałego. Oto na przybranym kwiatami i świecami ołtarzu kapłan z namaszczeniem postawił złocisty przedmiot, a potem ukląkł przed nim z widoczną czcią. Po chwili, powstawszy, ksiądz podniósł ową drogocenną rzecz i nakreślił nią krzyż ponad głowami ludzi… Cohen nie rozumiał jeszcze gestu błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Doświadczył jednak wewnętrznego poruszenia, porównywalnego do delikatnego przymusu. Uczucie to trwało mimo upływu dni. W kolejny piątek ponownie zaszedł do tego samego kościoła. Scena błogosławieństwa powtórzyła się. Głęboko wzruszony Herman zapłakał. Patrząc na Hostię doświadczył obecności kochającego Boga.
Cudowne dziecko-Herman Cohen, urodzony w Hamburgu 10 listopada 1820 roku, wychowywany był początkowo w tradycji religii żydowskiej. Jako mały chłopiec odczuwał tęsknotę do tajemnicy – lubił modlitwy w synagodze. Posłany przez ojca do dobrego protestanckiego kolegium, zdobył życzliwość rówieśników miłym obejściem i bezkonfliktowością. Był świetnym uczniem i zdawał sobie sprawę z własnych zdolności. Gdy miał zaledwie cztery i pół roku, wymógł na rodzicach zgodę na pobieranie lekcji fortepianu – dzięki szybkim postępom z satysfakcją prześcignął starszego brata. Ze względu na kłopoty zdrowotne przez pewien czas kształcił się w domu. Skierowano go na lekcje muzyki u znanego profesora – ten lubił polowania, konie, i hazard, słowem: światowe życie, i tym zaczął imponować chłopcu. Jakakolwiek formacja religijna odeszła w cień. Otoczenie fascynowało się muzykalnością Hermana, którego uznano za małego geniusza. Obsypywany pochwałami dziesięciolatek nie znosił sprzeciwu, umiał wymuszać na rodzinie spełnianie kaprysów. W przekonaniu o własnej nieprzeciętności utwierdziła go podróż do Frankfurtu, gdzie był entuzjastycznie przyjmowany na dworach książęcych. Marzył jednak o Paryżu. Uzyskawszy wreszcie odpowiednie poparcie, wyjechał do Francji. Miał wtedy 12 lat.
 Pod okiem mistrza-Na początku lat trzydziestych XIX wieku w Paryżu działali znakomici artyści. Jednym z nich był dwudziestodwuletni wówczas Franciszek Liszt, cieszący się opinią dobrego, cnotliwego człowieka. Początkowo wzbraniał się przed przyjęciem nowego ucznia, lecz po przesłuchaniu zmienił zdanie. Herman został jego ulubieńcem, pociągał talentem i urodą, towarzyszył Lisztowi w salonach, akompaniował. Już wkrótce zyskał sławę – jego nazwisko pojawiało się w gazetach. Szczycił się znajomością z George Sand, która wspominała o nim w swych publikacjach. Paryż przeżywał nową sensację, cieszył się wirtuozerią Cohena. Sukcesy wywierały nie najlepszy wpływ na osobowość Hermana: tyranizował matkę i brata, oddawał się wszelkim przyjemnościom, nie myśląc o ich ocenie. Dumny, wręcz pyszny, nawet zepsuty, wiele czasu spędzał w złym towarzystwie.Duchową pustkę zdradzała jednak trudna do ukrycia melancholia. Pogłębił ją wyjazd Liszta. Po kilku miesiącach Cohen mógł wreszcie dołączyć do mistrza. Znalazł się w Genewie, gdzie wpadł w nałóg gier hazardowych. Przez następne lata wiódł niespokojne życie, podróżując po Europie. Trafił do Anglii i Włoch, wreszcie powrócił do Francji.Czas przemiany Propozycja zaopiekowania się paryskim chórem kościelnym okazała się przełomem w życiu Hermana Cohena. Spotkanie z Chrystusem obecnym w Najświętszym Sakramencie zadecydowało o losach muzyka. Pianista wielokrotnie wracał do kościoła przy ulicy Bourgogne. Pewnego wieczora ukląkł, nie wiedząc jeszcze, przed kim. Uczestniczył, niczym zafascynowany obserwator, we Mszy św. Po jakimś czasie poprosił pewną księżną o pomoc – chciał spotkać się z kapłanem, zrozumieć tajemnicę. Ksiądz okazał się mądrym, doświadczonym człowiekiem, jakże odmiennym od postaci duchownych, opisywanych w modnych wówczas paszkwilach. Wkrótce Herman wyjechał do Niemiec – tam również mógł się spotykać z poleconym mu kapłanem. Pod wpływem rozmów zdecydował się na uporządkowanie życia. Wspominając skruchę, która ogarnęła go pewnego dnia podczas Mszy św., napisał później: gdy opuszczałem kościół w Ems, byłem chrześcijaninem, jeżeli tak można nazwać osobę, która nie przyjęła dotąd chrztu. Doświadczenie to porównywał do generalnej spowiedzi odbytej przed samym Bogiem. Coraz bardziej tęsknił do spotkania z Jezusem w Komunii św. – przemianę życia jednoznacznie przypisywał Chrystusowi w Eucharystii. Kolejnym silnym przeżyciem było uczestnictwo w nabożeństwie, podczas którego ochrzczono kilka kobiet, wyznających dotąd judaizm. Herman odczytał bardzo osobiście słowa śpiewanej wówczas pieśni: Jezusie z Nazaretu, Królu żydowski, zmiłuj się nad dziećmi Izraela! Jezusie, boski Mesjaszu, którego oczekiwali Żydzi…

 

Alfons Ratisbonne urodził 1 maja roku 1814 w Strasburgu.W roku 1826 starszy o 12 lat od Alfonsa brat Teodor, zachęcony przykładem trójki żydowskich przyjaciół, po dwóch latach studiowania pisma Starego i Nowego Testamentu nawrócił się i ochrzcił w Kościele katolickim, wybierając imię chrzcielne Maria, co spowodowało jego odrzucenie przez rodzinę. W roku 1830 Maria-Teodor został wyświęcony na kapłana i pracował w macierzystej diecezji do roku 1840 kiedy został członkiem Konfraterni Matki Boskiej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1841 roku Maria-Teodor opublikował biografię św. Bernarda z Clairvaux. Dzieło zyskało przychylność papieża Grzegorza XVI, który podczas wizyty Marii-Teodora w Rzymie w roku 1842 w dowód uznania uczynił go rycerzem zakonu św. Sylwestra. Tymczasem, Alfons po studiach prawniczych w Paryżu,Tymczasem, Alfons po studiach prawniczych w Paryżu podjął pracę w rodzinnym banku i zaręczył się z 16-letnią krewniaczką Florą. Z uwagi na jej wiek małżeństwo zostało przesunięte, a Alfons postanowił udać się w podróż po Europie i krajach Bliskiego Wschodu, zwiedzając położone po drodze miasta. Tak w styczniu 1842 roku trafił do Rzymu, gdzie znalazł się w towarzystwie katolika barona Teodora De Bussieres, który próbował przedstawić mu katolicką wiarę, w tym także cześć dla Matki Bożej i Cudowny Medalik.

20 stycznia 1842 roku Alfons, zwiedzając Wieczne Miasto, wstąpił razem z de Bussiersem, który chciał zamówić Mszę świętą za zmarłego przyjaciela de La Ferronays, do kościoła Sant'Andrea delle Frate.  W tym kosciele Alfons ujrzał  w jednej z kaplic kościoła Panią niezwykłej urody, w której rozpoznał Dziewicę Maryję w tej samej pozie co na Cudownym Medaliku, skąpaną w światłości.

12 kwietnia 1842 roku w katolickim kolegium w Juilly  Alfons Ratisbone opisuje swoje nawrócenie

"Jeśli miałbym ocenić dla was wydarzenie mojego nawrócenia, jedno jedyne słowo by wystarczyło – imię Maryi. Ale wasza konfraternia (Matki Boskiej Zwycięskiej, do której należał brat Alfonsa) pragnie mieć pełną relację, chcecie wiedzieć kim i czym jest ów syn Abrahama, który znalazł w Rzymie życie i łaskę, i szczęście. Dlatego najpierw wezwawszy na pomoc mą niebieską Matkę przedstawię przed wami w bardzo prostych słowach bieg i porządek mego życia (…) Rozpocząłem moją naukę w królewskim kolegium w Strasburgu, gdzie czyniłem znacznie większe postępy w deprawacji mego serca niż w kształceniu mego umysłu. Było to około roku 1825 (urodziłem się 1 maja 1814 roku), gdy niespodziewane zdarzenie zadało ciężki cios mojej rodzinie. Mój brat Teodor, w którym pokładano wielkie nadzieje stał się chrześcijaninem. Krótko potem, pomimo bólu jaki wywołał i najszczerszych błagań naszych rodziców, został księdzem i wykonywał swoją posługę w tym samym mieście, na oczach mojej zrozpaczonej rodziny. W młodym wieku w jakim byłem zachowanie mojego brata bardzo mną wstrząsnęło i powziąłem gwałtowną nienawiść do jego posługi, jego osoby i charakteru. Wychowany wśród młodych chrześcijan, którzy byli tak samo beztroscy i obojętni jak ja, nie byłem zmuszony aż do owego czasu odczuwać czy to sympatii czy antypatii do chrześcijaństwa. Jednakże nawrócenie mojego brata, na które patrzyłem jako na akt niezmiernego szaleństwa sprawił że uwierzyłem we wszystko co słyszałem o fanatyzmie katolików i odczuwałem wobec wszystkich większą grozę.

Mniej więcej w tym czasie zakończono moją naukę w kolegium aby mnie umieścić w protestanckiej instytucji, której górnolotna broszura oszołomiła moich rodziców. Młodzież z wielkich protestanckich rodzin Alzacji i Niemiec udawała się tam by się kształtować w modnym życiu Paryża, poświęcając się przyjemnością wszelkiego rodzaju, bardziej niż nauce. Mimo powyższego stawiłem się na egzaminy, opuszczając tę instytucję i dzięki łutowi szczęścia, na który nie zasługiwałem, otrzymałem tytuł bakałarza sztuk. Byłem wówczas jedynym panem mojego dziedzictwa albowiem moja matka zmarła kiedy byłem mały, a mój ojciec przeżył ją jedynie o kilka lat. Ale miałem godnego stryja, patriarchę rodziny, który był mi drugim ojcem, a który, nie posiadając własnych dzieci, skierował całe swe przywiązanie do dzieci swojego brata. Ów stryj, bardzo znany w świecie finansów dzięki swej dumnej rzetelności i nadzwyczajnym zdolnościom, pragnął bardzo przyznać mi udział w banku, któremu przewodził. Jednak przede wszystkim studiowałem prawo w Paryżu po uzyskaniu licencjackiego dyplomu oraz włożeniu mojej adwokackiej togi zostałem wezwany do Strasburga przez stryja, który użył całego swojego wpływu bym przy nim pozostał. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich jego starań i uprzejmości: koni, powozów, przyjemnych wycieczek, tysiące aktów szczerego uczucia, wszystkie należały do mnie i nie był w stanie niczego mi odmówić. Mój stryj dał mi jednak jeszcze większy dowód swego zaufania: powierzył mi podpis banku i obiecał mi również tytuł i potężne korzyści z bycia wspólnikiem – obietnicę którą wcielił w życie 1 stycznia bieżącego roku, 1842. Byłem w Rzymie kiedy wieści o tym mnie dobiegły (…)Szczęściem w owym czasie dobra praca wyszła naprzeciw mojej żarliwej potrzebie działania i poświęciłem się jej całym moim sercem. Było to dzieło "odrodzenia" biednych Izraelitów, jak było to mylnie nazywane, albowiem wiem teraz że coś więcej niż pieniądze i loterie dobroczynne jest konieczne by odrodzić lud pozbawiony religii. Jednak szczerze wierzyłem w możliwość tej odnowy, stając się jednym z najbardziej gorliwych członków Towarzystwa organizującego zatrudnienie dla młodych Żydów – które założył mój brat w Strasburgu piętnaście lat wcześniej i które dalej funkcjonowało, pomimo ograniczonych środków. Udało mi się napełnić jego kufry i uważałem że zrobiłem coś bardzo wielkiego. O, chrześcijańskie miłosierdzie, z jakim uśmiechem popatrzyłabyś na me dumne samozadowolenie! Żyd myśli wiele o sobie, gdy wykonał coś wielkiego, chrześcijanin oddaje wszystko i pogardza sobą – pogardza sobą aż nie odda także samego siebie, a gdy poświęci samego siebie całkowicie, nadal sobą pogardza. Chociaż nie miałem w sobie żadnej religii byłem zajęty sytuacją życiową moich braci w wyznaniu. Byłem żydem jedynie z deklaracji i to wszystko, bowiem nie wierzyłem nawet w Boga. Nigdy nie otworzyłem religijnej książki, a w domu mojego stryja oraz w domach moich braci i sióstr nie były przestrzegane nakazy judaizmu (…)

Tylko jeden członek naszej rodziny był przeze mnie znienawidzony – mój brat Teodor. Mimo to kochał nas bardzo, lecz jego sutanna mnie odrzucała, jego obecność powodowała przygnębienie, jego poważna mowa wywoływała mój gniew. Około rok przed moimi zaręczynami nie byłem już w stanie powstrzymywać moich uczuć i wyraziłem je w liście do niego, wysłanym z zamiarem zerwania wszelkich związków z nim, na zawsze. Okoliczności były następujące. Dziecko leżało w stanie agonii i mój brat uzyskał zapewnienie że będzie mógł poprosić o zgodę na jego ochrzczenie i prawdopodobnie by się mu udało gdyby nie poinformowano mnie o tym zamiarze. Patrzyłem na to jako na niegodną i niehonorową próbę i napisałem do księdza by spróbował swoich sił na dorosłych, a nie na dzieciach. Dodałem do tych słów tak wiele inwektyw i gróźb, że nawet teraz jestem zdumiony że mój brat nie odpowiedział na nie żadnym słowem. Utrzymywał relacje z resztą rodziny, lecz ja miałem go już nigdy nie zobaczyć i hodowałem w sobie ślepą i gorzką nienawiść do księży, kościołów i zgromadzeń, a zwłaszcza do jezuitów, których sama nazwa doprowadzała mnie do wściekłości. Na szczęście mój brat opuścił Strasburg i został wezwany do Paryża, do Notre Dame des Victoires, gdzie jak powiedział przy pożegnaniu, zamierzał dalej modlić się o nawrócenie swoich braci i sióstr. Jego wyjazd pozbawił mnie ciężkiego brzemienia. Uległem nawet prośbom mojej rodziny aby napisać mu parę słów przeprosin z okazji moich zaręczyn. Odpowiedział na mój list z uczuciem i powierzył mojej opiece paru ubogich, o których się troszczył i dałem mu pewną drobną sumę. Po tym swoistym pojednaniu nie miałem żadnych dalszych związków z Teodorem i przestałem o nim myśleć. Zapomniałem o nim… a on, w tym czasie, modlił się za mnie.Powinienem wspomnieć tu rodzaj rewolucji w moich religijnych przekonaniach jaka miała miejsce w czasie ceremonii moich zaręczyn (…) Widok mojej narzeczonej obudził we mnie mistyczne poczucie ludzkiej godności i wartości. Zacząłem wierzyć w nieśmiertelność duszy, co więcej, zacząłem, kierowany jakimś instynktem, modlić się do Boga za moje szczęście i to co sprawiało że byłem nieszczęśliwy. (…)"


O swojej samotnej podróży "przedślubnej" Alfons pisze tak:"Nie wiedziałem dokąd się skierować (…) Postanowiłem wreszcie udać się prosto do Neapolu, spędzić zimę na Malcie z korzyścią dla mego raczej słabego zdrowia i wrócić do domu przez kraje wschodnie. Otrzymałem nawet listy niezbędne do wjazdu do Konstantynopola i wyruszyłem pod koniec listopada 1841 roku, planując powrót na wiosnę roku 1842. (…) Przypominam sobie dwa różne wydarzenia, które znaczyły dni poprzedzające mój wyjazd, a które obecnie usilnie do mnie wracają. (…) Drugim wydarzeniem, które mnie zainteresowało było spotkanie kilku znamienitych żydów na temat środków zreformowania judaistycznego kultu i większego dostosowania go do ducha epoki. Udałem się na to spotkanie, na którym każdy wyraził swoją opinię na temat sugerowanych ulepszeń. Było tam tyle opinii co osób, wielka dyskusja. Brali pod uwagę wygodę człowieka, wydarzenia owych czasów, postulaty opinii publicznej, wszystkie idee nowoczesnej cywilizacji, wszystko było poddane przemyśleniom i rozważaniom, tylko o jednym zapomniano – o prawie Bożym. (…) Moja prywatna opinia była taka że powinni pozwolić po cichu umrzeć wszystkim formom religijności, tak by nie potrzebowali się odwoływać ani do ksiąg ani do ludzi, ale by każdy mógł w sposób wolny wyrażać i praktykować swoją wiarę na swój własny sposób (…) Spotkanie zakończyło się bez rozstrzygnięcia. Ale pewien Żyd, rozsądniejszy ode mnie, wygłosił coś tak znaczącego że powtórzę to słowo w słowo: "musimy spiesznie porzucić tę starą świątynię, której ściany walą się ze wszystkich strony, chyba że chcemy zostać pogrzebani pod jej ruinami" – słowa prawdy, które każdy Żyd naszych czasów szepcze do siebie w samotności. Lecz zaiste, osiemnaście stuleci minęło odkąd porzucili starą świątynię i nie wejdą do tej nowej świątyni, której bramy są otwarte dla nich dniem i nocą! (…)Podczas drogi do Neapolu statek przybił do Civita Vecchia. Jak tylko weszliśmy do portu odgłos wystrzału powitał nasze uszy. Zapytałem ze złośliwą ciekawością o powód tak wojennego sygnału na pokojowym terytorium papieskim. Otrzymałem jako odpowiedź "jest święto Poczęcia Maryi". Wzruszyłem ramionami i nie wyszedłem na brzeg. (…) Spędziłem w Neapolu miesiąc aby móc zobaczyć i opisać każdą rzecz. Pisałem gorzkie rzeczy o religii i kapłanach, którzy wydawali mi się tak nie pasujący do tego wspaniałego kraju. Ach, jakimi bluźnierstwami wypełniałem swój dziennik! A jeśli dziś mówię o nich dlatego byście mogli zobaczyć jak mroczną i złą była wówczas moja dusza. Napisałem do Strasburga że wypiłem trochę lachryma Christi na szczycie Wezuwiusza za zdrowie ojca Ratisbonne (…) Nie jestem w stanie opisać straszliwych uwag, które pozwoliłem sobie zapisać. Moja narzeczona zapytała mnie czy zgadzam się z tymi, którzy mówili: "zobaczyć Neapol i umrzeć". Nie, odpowiedziałem, zobaczyć Neapol i żyć, żyć by go znów zobaczyć. Taki był stan mojego umysłu. Nie miałem zamiaru udawać się do Rzymu, choć dwóch przyjaciół rodziny, których regularnie widywałem, usilnie mnie do tego namawiali. Mam na myśli M. Coulmana – protestanta i byłego urzędnika ze Strasburga oraz barona Rotszylda, którego rodzina otaczała mnie wszelkimi dowodami przywiązania i szczodrości. Nie mogłem skłonić się do ich perswazji. Moja narzeczona pragnęła bym udał się prosto na Maltę i przesłała mi zalecenie od mojego lekarza, że powinienem tam spędzić zimę, starannie unikając Rzymu z powodu złośliwej gorączki, która, jak utrzymywał, tam występowała. (…)M. Coulman zapoznał mnie z przyjaznym i szacownym człowiekiem, który udawał się na Maltę. Byłem tak tym uszczęśliwiony, że powiedziałem sobie: "to jest na pewno przyjaciel, którego Bóg mi zesłał". Jednakże nadszedł pierwszy dzień nowego roku, a statek nie wypłynął. Był to dla mnie smutny dzień. Byłem sam w Neapolu, nie było nikogo by mi powinszować i złożyć życzenia, nikogo od serca. (…) Wyszedłem by zrzucić mą natrętną melancholię i podążałem mechanicznie za ciżbą ludzką. Dotarłem na miejsce przed pałacem i znalazłem się, nie wiem jak, u drzwi kościoła. Wszedłem do środka. Myślę że ksiądz odprawiał w nim Mszę. Pozostałem tam, opierając się o kolumnę, a moje serce zdawało się otwierać i rozszerzać w nowej atmosferze. Modliłem się na swój własny sposób, nie zwracając uwagi na to co działo się wokół mnie. Modliłem się za swoją narzeczoną, stryja, mojego zmarłego ojca, moją kochającą matkę, którą mi tak wcześnie zabrano, za wszystkich, którzy byli mi drodzy i prosiłem Boga o rodzaj natchnienia, by dał mi poznać Swoją wolę, która mogła mnie poprowadzić w moich projektach poprawy sytuacji Żydów, projektach o których nieustannie myślałem. Mój smutek minął jak chmura, którą wiatr przełamuje i rozprasza, a moje serce zostało wypełnione niewysłowionym spokojem, pociechą jak gdyby jakiś głos mi powiedział: "twoja modlitwa została wysłuchana". O tak, została wysłuchana, wysłuchana ponad wszelkie oczekiwania albowiem ostatniego dnia tego samego miesiąca miałem zostać ochrzczony w kościele w Rzymie (…)"

Dalszy ciąg relacji Alfonsa Ratisbonne o jego nawróceniu zawartej w jego liście z 12 kwietnia 1842 roku.

Pierwsza część tutaj: Maria-Alfons Ratisbonne i jego cudowne nawrócenie 20 stycznia 1842 r. (1)

"(…) Ale jak dostałem się do Rzymu, nie wiem, nie mogę o tym świadczyć w żaden sposób. Uważam że musiałem pomylić drogę, albowiem zamiast udać się do biura statków do Palermo, jak zamierzałem opuszczając swoją kwaterę, znalazłem się w biurze dyliżansów do Rzymu. Powiedziałem Panu Vigne, przyjacielowi, który miał towarzyszyć mi w drodze na Maltę, że nie mogłem ulec pokusie krótkiej wycieczki do Rzymu, ale że z pewnością 20. stycznia będę w Neapolu, gotowy do wyjazdu z nim. (…) Opuściłem Neapol 5-tego (stycznia) i 6-tego dotarłem do Rzymu, w święto Objawienia. (…) Rzym na początku nie wywarł na mnie wrażenia jakiego oczekiwałem. A ponieważ byłem pod presją czasu gorliwie pochłaniałem ruiny, starożytne i nowożytne, z zapałem drobiazgowego turysty. (…) Odwiedzałem z monotonnym zachwytem galerie, kościoły, katakumby i wszystkie niezliczone wspaniałości Rzymu (…) 8 stycznia kiedy udawałem się na kolejną turę zwiedzania usłyszałem jak ktoś woła mnie na ulicy: był to mój stary przyjaciel Gustaw de Bussieres. Byłem bardzo szczęśliwy że go spotkałem, bowiem moja samotność stała się dla mnie bolesna. Udaliśmy się na posiłek w towarzystwie ojca mojego przyjaciela i w tym zgodnym kręgu poczułem pewną dawkę radości z jaką ktoś przyjmuje każde wspomnienie własnego kraju na obczyźnie. Gdy wszedłem do salonu opuszczał go pan Teodor de Bussieres, najstarszy syn tej szacownej rodziny. Nie znałem go osobiście, ale wiedziałem że był bratem i członkiem rodziny mojego przyjaciela. Wiedziałem że porzucił protestantyzm i stał się katolikiem i to wystarczało bym poczuł do niego głęboką antypatię (…) Odpowiadał mi bardzo uprzejmie i dodał że właśnie otrzymał list od mojego brata, księdza i że da mi jego nowy adres. "Oczywiście go przyjmę" powiedziałem "choć go nie potrzebuję". Tu nasza rozmowa zakończyła się i kiedy wyszedł, poczułem złość za zobowiązanie jakie na siebie zaciągnąłem do bezużytecznej wizyty i utraty mojego bardzo cennego czasu. Dalej biegałem całe dnie po Rzymie poza dwoma godzinami rankiem, które spędzałem z Gustawem oraz wieczorem kiedy odpoczywałem albo w teatrze albo na jakimś przyjęciu. Moje rozmowy z Gustawem były bardzo ożywione (…) Ale on był protestantem z pełnym zapałem i entuzjazmem alzackich pietystów. Mówił obszernie o wyższości swojej sekty nad wszystkimi innymi wspólnotami chrześcijańskimi i bardzo chciał mnie nawrócić. Byłem bardzo zdumiony bowiem wyobrażałem sobie że mania prozelityzmu była szczególną cechą katolików. Ogólnie unikałem jego natarć używając pewnych wesołych żartów, ale aby pocieszyć go z powodu niepowodzenia jego prób, obiecałem mu że jeżeli kiedykolwiek wpadnie mi do głowy by konwertować, stanę się pietysta, a on, ze swej strony, obiecał że będzie obecny na moim ślubie w sierpniu. Wszystkie jego wysiłki by zatrzymać mnie w Rzymie nie przynosiły rezultatu. Inni moi przyjaciele pan Edmund Humann oraz Alfred de Lotzbeck dołączyli do niego w błaganiach bym pozostał w Rzymie na czas karnawału. Ale nie mogłem się zgodzić, obawiałem się że zasmucę i zaniepokoję moją narzeczoną, zaś pan Vigne oczekiwał mnie w Neapolu abym z nim wyruszył 20 stycznia. (…)
Udałem się ponownie na Kapitol i znalazłem kościół Aracoeli pośród wielkiej krzątaniny przygotowań do jakiejś wspaniałej ceremonii. Zapytałem o jej przedmiot i powiedziano mi że dwóch żydów nazwiskiem Constantini z Ankony miało zostać ochrzczonych. Nie potrafię opisać oburzenia jakie czułem na powyższą wieść i kiedy mój przewodnik zapytał mnie czy chciałbym być obecny wykrzyknąłem: "Co? Mam asystować w tak hańbiącym spektaklu! Nie, nie. Nie będę w stanie powstrzymać się od rozpaczliwego ataku na księży i ofiary". Mogę powiedzieć bez przesady, że nigdy nie czułem tak zaciekłej nienawiści do chrześcijaństwa jak po wizycie w gettcie. Strumień szyderstw i bluźnierstw wylewał się ze mnie nieprzerwanie i niewyczerpanie. Jednakże miałem jeszcze parę pożegnalnych wizyt do odbycia, zaś moja obietnica złożona baronowi de Bussieres wydawała mi się nieustannie dziwnym zobowiązaniem niepotrzebnie przeze mnie przyjętym. Całe szczęście, że nie zapytałem o jego adres i postanowiłem że uczynię tę okoliczność moją wymówką niedotrzymania obietnicy. Był teraz 15. stycznia i udałem się zamówić miejsce na podróż do Neapolu. Mój odjazd był zaplanowany na 17-tego, na trzecią nad ranem. Pozostały mi dwa dni i spędziłem je, jak zwykle, przemierzając okolice. Ale, gdy wychodziłem z księgarni, w której szukałem prac dotyczących Konstantynopola, spotkałem na Corso służącego starszego pana de Bussieres. Pozdrowił mnie przechodząc i zatrzymałem go by zapytać się o adres pana Teodora de Bussieres (…)
Przyjęcie w domu pana de Bussieres było irytujące (…) Patrzyłem na pana de Bussieres jako na dewota w złym znaczeniu tego słowa i byłem zadowolony, mając okazję by zaczepić go w kwestii rzymskich Żydów. Ulżyło mi że mogę to uczynić, ale moje utyskiwania oczywiście sprowadziły naszą rozmowę na grunt religijny. Pan de Bussieres przemawiał do mnie z pozycji majestatu i splendoru katolicyzmu, a ja odpowiadałem z ironią, używając pewnych z wielu zarzutów jakie słyszałem lub czytałem, ale kontrolowałem mój bezbożny zapał z szacunku dla pani de Bussieres i dwójki dzieci, które bawiły się przy jej boku. "Dobrze" rzekł pan de Bussieres "ponieważ pogardzasz przesądem i wyznajesz że jesteś bardzo liberalny w kwestii doktryny – ponieważ jesteś tak oświeconą i otwartą głową – czy masz odwagę poddać się bardzo prostemu i niewinnemu testowi?" "Jakiemu testowi" "Chodzi jedynie o noszenie drobnostki jaką ci dam, spójrz to jest medalik Błogosławionej Dziewicy. Wydaje się bardzo groteskowy, nieprawdaż? Ale zapewniam cię że przywiązuję wielką wartość i skuteczność do tego medalika." Owa propozycja, przyznaję, zdumiała mnie swoim infantylnym dziwactwem. Nie spodziewałem się takiej teatralności. Moim pierwszym odruchem było się roześmiać i wzruszyć ramionami, ale naszła mnie myśl że owa scena mogłaby dostarczyć mi doskonałego rozdziału w moim dzienniku i zgodziłem się wziąć medalik aby przekazać go mojej narzeczonej jako potwierdzenie mojej opowieści. I tak się stało. Medalik zawisł na mojej szyi, nie bez trudności jednakże, bowiem tasiemka była zbyt krótka. W końcu się udało, miałem ów medal przy mym sercu i wykrzyknąłem z serdecznym śmiechem: "ha, ha, oto jestem katolikiem, apostolskim i rzymskim!" To diabeł przepowiadał przez moje usta.Pan de Bussieres odczuł dziecięcą satysfakcję ze swego zwycięstwa i pragnął wykorzystać je do końca. "Teraz" powiedział "musisz dopełnić testu, odmawiając każdego wieczoru i ranka Memorare, bardzo krótką i bardzo skuteczną modlitwę, którą św. Bernard kierował do błogosławionej Dziewicy Maryi". "Co masz na myśli przez twoje Memorare? " zapytałem "dalej, skończmy z tym szaleństwem". Imię św. Bernarda przypomniało mi o moim bracie, który spisał żywot owego wielkiego świętego. Nigdy nie czytałem tej książki a owo skojarzenie odświeżyło całą moją antypatię do prozelityzmu, jezuityzmu i wszystkich tych, których nazywałem obłudnikami i apostatami. Poprosiłem pana de Bussieres by porzucił tę kwestię i powiedziałem ze wzgardliwym uśmiechem, że żałuję ale nie mam żadnej hebrajskiej modlitwy by zaoferować mu w zamian, ale nie miałem i nie mogłem sobie żadnej przypomnieć.Jednakże, on nalegał, mówiąc że odmawiając mówienia tej krótkiej modlitwy czynię test bezużytecznym i że dowiodłem tym samym realność intencjonalnego uporu, który zarzuca się Żydów. Nie chciałem nadawać zbyt wielkiej wagi tej kwestii więc powiedziałem: "dobrze zatem, obiecuję ci odmawiać tę modlitwę. W każdym razie, jeśli mi nie pomoże, także nie zaszkodzi." (…) Wyszedłem i spędziłem wieczór w teatrze, nie myśląc ani o medaliku ani o Memorare , ale kiedy wróciłem do mieszkania znalazłem wiadomość od pana de Bussieres, który prosił o wizytę zwrotną, błagając mnie bym się z nim zobaczył jeszcze raz przed wyjazdem z Rzymu. Miałem zwrócić mu jego [tekst] Memorare i miałem wyjechać [następnego dnia] ranem. Spakowałem moje bagaże i poczyniłem dalsze przygotowania, potem siadłem i skopiowałem modlitwę: Memorare, piissima Virgo… Zapisałem te słowa św. Bernarda mechanicznie, nie myśląc o ich znaczeniu. Byłem bardzo zmęczony, było bardzo późno i potrzebowałem odpoczynku. Następnego dnia, 16-tego stycznia, uzyskałem podpis na moim paszporcie i zakończyłem wszystkie przygotowania, ale gdy się przemieszczałem nie mogłem powstrzymać się od powtarzania słów Memorare. (…) Powtarzałem je raz po raz, tak jak ktoś nuci melodię, która bezwiednie i nieświadomie się do niego przyplątała. Około jedenastej spotkałem się z panem de Bussieres aby zwrócić mu jego mocną i stanowczą modlitwę. Rozmawiałem z nim o mojej planowanej podróży na Wschód i dał mi wiele doskonałych rad. "Jednak" powiedział nagle "jest dziwne że upierasz się by opuścić Rzym w tym właśnie czasie, gdy napływają do niego ludzie ze wszystkich stron aby zobaczyć wspaniałe ceremonie w bazylice św. Piotra. Być może nigdy już nie będziesz miał tej szansy i będzie ci szkoda, że straciłeś okazję, której tak wielu poszukuje z gorącą ciekawością". Odpowiedziałem że moje miejsce zostało zamówione i opłacone, że napisałem do rodziny o moim wyjeździe, że oczekiwałem listów w Palermo, że było już za późno by myśleć o zmianie moich planów oraz że podjąłem decyzję. Naszą rozmowę przerwał listonosz, który przyniósł list od mojego brata, księdza Ratisbonne. Pokazał mi ów list, ale było on dla mnie raczej nie interesujący, bowiem dotyczył dzieła, które pan de Bussieres publikował w Paryżu. Mój brat nie wiedział nawet, że przebywałem w Rzymie, ale owo niespodziewane wydarzenie mogło zakończyć moją wizytę, albowiem pragnąłem unikać wszystkiego co mogło by mi przypominać o moim bracie.
A jednak zostałem nakłoniony poprzez jakiś niepojęty wpływ bym przedłużył swój pobyt w Rzymie (…)
Nie chciałem uczestniczyć w rzymskim karnawale, lecz pragnąłem zobaczyć papieża, a pan de Bussieres zapewnił mnie że ujrzę go wkrótce na placu św. Piotra. Odbyliśmy razem kilka przechadzek. Rozmawialiśmy o wszystkim, oglądaliśmy zabytki, obrazy, obyczaje i zwyczaje, ale religia znalazła sposób żeby do wszystkiego się wmieszać. Pan de Bussieres przedstawiał ją z tak czarującą prostotą, wprowadzał z taką chęcią i płomiennym zapałem, że często sobie powtarzałem, że jeśli jakaś rzecz może zrazić człowieka do religii to była nią właśnie natarczywość z jaką oczekiwano jego nawrócenia. Moja naturalna wesołość prowadziła mnie do zamieniania w żart najbardziej poważnych tematów zaś przebłyski mojej fantazji zbyt często schodziły w diabelską jaskrawość bluźnierstwa. Nawet teraz wzdragam się na myśl o tych dniach. A jednak pan de Bussieres był stale spokojny i pobłażliwy, choć nie był w stanie ukryć swojego żalu. Powiedział raz nawet "mimo twego gniewu, mam pewność że kiedyś staniesz się chrześcijaninem, bo jest w tobie podstawa prawości, która pociesza mnie kiedy myślę o tobie i przekonuje mnie że poznasz światło, nawet jeśli w tym celu będzie potrzebny anioł z nieba". "Bardzo dobrze" odpowiedziałem "albowiem ta sprawa nie będzie łatwa do przeprowadzenia." Gdy minęliśmy Święte Schody pan de Bussieres dał się porwać entuzjazmowi, podniósł się w powozie, odkrył głowę i powiedział tonem pełnym zapału "Chwała wam, Święte Schody! Oto grzesznik, który pewnego dnia przemierzy was na swych kolanach!" (…) Roześmiałem się na to jak na widok czegoś beznadziejnie, groteskowo szalonego i wkrótce potem, gdy przejeżdżaliśmy przez urocze ogrody willi Wołkońskiego, powstałem i parodiując jego odezwę, powiedziałem: "chwała wam, prawdziwe cuda Bożej potęgi! To przed wami klękam w hołdzie, nie przed starymi schodami!"
19. stycznia ujrzałem ponownie pana de Bussieres, ale wydawał się smutny i przybity. Z delikatności wycofałem się, nie pytając o powód jego smutku. Zaprawdę, poznałem go dopiero następnego dnia w kościele S. Andrea delle Fratte. Miałem wyjechać 22. stycznia, gdyż po raz drugi zarezerwowałem miejsce na podróż do Neapolu. (…) W środku nocy z 19. na 20. stycznia nagle się obudziłem i ujrzałem przede mną duży, czarny krzyż, o osobliwym kształcie i bez figury naszego Pana. Podjąłem wiele prób by przyćmić ów obraz, ale bezskutecznie. Gdziekolwiek się obróciłem był zawsze przede mną. Nie mogę powiedzieć jak długo to trwało, gdyż w końcu zasnąłem, a kiedy się obudziłem rankiem nie myślałem już o tym. (…) Jeśli ktoś powiedział mi tego ranka "wstałeś jako Żyd, położysz się na spoczynek jako chrześcijanin…" popatrzyłbym na niego jak na przypadek beznadziejnego, niedorzecznego szaleństwa. W ów czwartek, 20. stycznia, po śniadaniu w hotelu i nadaniu listów na pocztę, udałem się na rozmowę z moim przyjacielem Gustawem, pietystą, który właśnie wrócił z kilkudniowego polowania poza Rzymem. Był zaskoczony widząc mnie nadal w Rzymie, powiedziałem mu że powodem mego pozostania było ujrzenie papieża. "Ale wyjadę ostatecznie bez zobaczenia go" powiedziałem "bowiem nie wziąłem udziału w ceremonii w katedrze Piotra choć miałem taką nadzieję". Gustaw pocieszył mnie ironicznie, mówiąc o innej ceremonii i do tego bardzo osobliwej, która, jak powiedział miała się odbyć przy kościele s. Maria Maggiore. Miał na myśli błogosławieństwo zwierząt i z tego powodu wylał się strumień żartów i sakrazmu, tak jakbyście to sobie mogli wyobrazić w przypadku żyda i protestanta. Rozstaliśmy się około jedenastej, ustalając termin spotkania na następny dzień w celu obejrzenia obrazu namalowanego przez naszego krajana barona de Lotzbeck. Udałem się do kawiarni przy Piazza di Spagna aby obejrzeć gazety i właśnie do niej wszedłem, gdy przy moim boku usiadł pan Edmund Humann i rozmawialiśmy bardzo wesoło o Paryżu, bieżącej sztuce i polityce. Wkrótce dołączył do mnie inny przyjaciel – protestant, pan Lafred de Lotzbeck, z którym odbyłem jeszcze bardziej frywolną rozmowę. Rozmawialiśmy o polowaniu, o wszystkich rodzajach przyjemności, o uciechach karnawału, o wspaniałym wieczorku towarzyskim poprzedniego dnia u księcia de Torlonia. Nie zapomnieliśmy również o fecie mojego nadchodzącego wesela, na które zaprosiłem pana de Lotzbeck i na które obiecał że się stawi.
Jeśli w tym momencie, a było południe, jakaś osoba trzecia podeszłaby do mnie i powiedziała "Alfonsie, za kwadrans będziesz oddawał cześć Jezusowi Chrystusowi, twojemu Bogu i twojemu Zbawicielowi, będziesz leżał twarzą do ziemi w marnym kościele, twoja pierś będzie spoczywała u stóp kapłana w konwencie jezuitów, gdzie następnie spędzisz karnawał, przygotowują się do twojego chrztu, poczujesz że jesteś gotowy ofiarować siebie za wiarę katolicką, wyrzekniesz się świata, jego wystawności, jego przyjemności, twojego majątku, twoich nadziei, twojej jasnej, przyjemnej przyszłości, a, jeśli okaże się to konieczne, wyrzekniesz się także swojej narzeczonej, miłości ze strony swojej rodziny, szacunku ze strony przyjaciół, przywiązania ze strony Żydów… i będziesz miał jedynie jedno dążenie – by podążać za Jezusem Chrystusem i nieść Jego krzyż aż po śmierć" – mówię, że jeśli jakiś prorok wygłosiłby przede mną takie proroctwo, pomyślałbym że mógłby istnieć jedynie jeden człowiek bardziej niż on szalony, człowiek, który byłby w stanie uwierzyć w możliwość jakiejkolwiek równie absurdalnej rzeczy. A jednak to ten absurd i to szaleństwo tworzą dziś moją mądrość i moje szczęście (…)"czytaj

 

20 stycznia 1610 Matka Boża przepowiedziała 
 
dojdzie do zupełnego zepsucia obyczajów,  Szatan prawie całkowicie panował będzie przez masońskie sekty. Aby do tego doprowadzić, skupią się one szczególnie na dzieciach. Biada dzieciom w owych czasach! Trudno będzie przyjąć sakramenty chrztu i bierzmowania. Wykorzystując osoby posiadające władzę, diabeł starać się będzie zniszczyć sakrament spowiedzi (…) To samo będzie z Komunią świętą. Niestety! Jak bardzo zasmuca Mnie, że muszę ci wyjawić tak liczne i okropne świętokradztwa – tak publiczne jak i tajne – popełnione z powodu profanacji Najświętszej Eucharystii! W czasach tych wrogowie Chrystusa, zachęcani przez diabła, często kraść będą z kościołów konsekrowane Hostie, aby bezcześcić Postacie Eucharystyczne. Mój Najświętszy Syn widzi samego siebie rzuconego na ziemię i zdeptanego przez nieczyste nogi.Sakrament małżeństwa, symbolizujący związek Chrystusa ze swoim Kościołem, będzie przedmiotem ataków i profanacji w najściślejszym znaczeniu tego słowa. Masoneria, która będzie wówczas sprawować rządy, zaprowadzi niesprawiedliwe prawa mające na celu zniszczenie tego sakramentu, a przez to ułatwi każdemu życie w stanie grzechu, oraz spowoduje wzrost liczby dzieci urodzonych w nielegalnych związkach, nie włączonych do Kościoła. Duch chrześcijański szybko upadnie, drogocenne światło Wiary zgaszone będzie do tego stopnia, że nastąpi prawie całkowite zepsucie obyczajów. Skutki zeświecczonego wychowania będą się nawarstwiać, powodując m. in. niedostatek powołań kapłańskich i zakonnych. Sakrament kapłaństwa będzie ośmieszany, lżony i wzgardzony. Diabeł prześladować będzie szafarzy Pana w każdy możliwy sposób. Będzie działać z okrutną i subtelną przebiegłością, odwodząc ich od ducha powołania i aby uwodząc wielu. Owi zdeprawowani kapłani, którzy zgorszą chrześcijański lud, wzbudzą nienawiść złych chrześcijan oraz wrogów Rzymskiego, Katolickiego i Apostolskiego Kościoła, którzy zwrócą się przeciwko wszystkim kapłanom. Ten pozorny tryumf Szatana przyniesie ogromne cierpienia dobrym pasterzom Kościoła.Poza tym, w owych nieszczęśliwych czasach, nastąpi niepohamowany zalew nieczystości, która popychając resztę ludzi do grzechu, pociągnie niezliczone lekkomyślne dusze na wieczne potępienie. Nie będzie można znaleźć niewinności w dzieciach, ani skromności u niewiast. W owych chwilach największej potrzeby Kościoła, ci, którzy mają mówić, będą milczeć!" I milczą w zdecydowanej większości obawiając się szykan, choć nie tylko, zło potrafi posunąć się bardzo daleko więc wolą być ostrożni w słowach.
 

 

DECET ROMANUM PONTIFICEM 
 
Potępienie nauk i ekskomunika na Marcina Lutra oraz jego zwolenników
 

(…) Nakładamy na nich wszystkich karę ekskomuniki albo anatemy, wieczystego potępienia i interdyktu, pozbawienia godności, zaszczytów i dóbr, zarówno ich samych, jak i ich następców, a ponadto ogłaszamy ich jako niezdolnych do ich posiadania, a także karę konfiskaty dóbr oraz winnych zdrady. Stwierdzamy, że wszyscy ci ludzie popadają pod wyrok skazujący, podobnie jak pod inne postanowienia, cenzury i kary ustanowione w prawie kanonicznym wobec heretyków i określone we wspomnianej już bulli.

 

4. Do tego Naszego postanowienia dodajemy jeszcze, mocą Naszej władzy apostolskiej, że państwa, regiony, obozy, miasta i miejscowości, w których mieszkali wspomniani ludzie, albo które zdarzało im się odwiedzać, wraz z ich posiadłościami (miastami katedralnymi i metropolitalnymi, klasztornymi, a także tam, gdzie znajdują się domy zakonne albo inne święte miejsca, czy to uprzywilejowane, czy też nieuprzywilejowane), wszystkie razem i każde z osobna obłożone karą naszego interdyktu kościelnego, który miał obowiązywać bez względu na odpust apostolski (za wyjątkiem przypadków przewidzianych prawem, a także gdy drzwi są zamknięte, a obłożeni ekskomuniką i interdyktem nie mają wstępu), będą mieli prawo do sprawowania Mszy Świętej i innych nabożeństw. Ustalamy i dodajemy ponadto, że wszyscy wspomniani wyżej ludzie powinny być wszędzie ogłaszani jako ekskomunikowani, wyklęci, potępieni, obłożeni interdyktem, pozbawieni posiadłości i niezdolni do ich posiadania. Wszyscy wierni chrześcijanie mają obowiązek ich unikać.

Dan w Rzymie, u św. Piotra, 3 stycznia 1521, w ósmym roku Naszego pontyfikatu.

Leon X  Więcej: http://rzymski-katolik.blogspot.de/2013/11/jego-swiatobliwosc-papiez-leon-x-bulla.html

Zatrute owoce reformacji

 

                                      Zatrute owoce reformacji

Historia Kościoła to nieustanna walka o własną wierność przesłaniu Chrystusa. Kryzys Kościoła czasów Lutra nie może jednak usprawiedliwiać herezji. Jeśli więc wspominając reformację chcemy cokolwiek świętować, powinniśmy świętować trydencką reakcję na Lutra, a nie bodziec, który tę reakcję wywołał – mówi prof. John C. Rao w wywiadzie dla „Radici Cristiane”

(…) A jednak kardynał Kasper w swojej książce „Marcin Luter. Spojrzenie ekumeniczne” uznał działanie „ojca” Reformacji za „nową ewangelizację”…

Ta „nowa ewangelizacja” pozbawia swojej racji bytu i autorytetu wszystkie społeczeństwa, nadprzyrodzone i naturalne, powierza definiowanie przesłania Odkupienia i kontrolę życia ziemskiego irracjonalnym, ideologicznym i coraz bardziej materialistycznym wolom, które przechodzą od akceptacji chrześcijaństwa do deistycznego iluminizmu, a następnie do ateizmu teoretycznego lub praktycznego. Kradnąc zdanie historykowi Richardowi Gawthorpowi, powiem, że ta „nowa ewangelizacja” powoli stymulowała i usprawiedliwiała „prometejskie pożądanie władzy materialnej, służące jako napęd wspólny wszystkim nowożytnym kulturom zachodnim”.                                          Więcej: http://www.pch24.pl/zatrute-owoce-reformacji,47069,i.html#ixzz4PPx6QFmP

 

 

 

 

                       Samobójca i herezjarcha Luter – ojciec Reformacji.Trzynaste stwierdzenie heretyckie “Katechezy” Ruchu Neokatechumenalnego (…) Luter jednak był heretykiem i skończył marnie – ks. prof. Michał Poradowski.https://forumdlazycia.wordpress.com/2013/06/23/neokatechumenat-ks-prof-michal-poradowski/#more-16853

 

                                             Martin Luter – Wikipedia    Heretycy

Początkowo Luter był bardzo tolerancyjny i pokojowo nastawiony do większości ludzi. Twierdził, że „wiara jest wolnym wyborem, którego nie można narzucać”[37], zaś palenie heretyków jest sprzeczne z wolą Ducha Świętego[38]. Jednakże z biegiem czasu zaczął przyzwalać nie tylko na banicję innowierców, ale nawet na karę śmierci w przypadku agresywnego odłamu anabaptystów (1529).

Czarownice

Luter swoje poglądy w stosunku do magii i istnienia czarownic oraz ich społecznej szkodliwości opierał na wersecie z Księgi Wyjścia (22,17 lub 22,18 w zależności od przekładu), który wzywał do zabijania czarownic. 6 maja 1526 wygłosił płomienne kazanie przeciwko czarownicom i ich występkom; wzywał w nim do zabijania czarownic (mówił przy tym wyłącznie o kobietach, nie o czarownikach), tak jak zabija się morderców i rabusiów

Małżeństwo i dzieci

13 czerwca 1525 Marcin Luter ożenił się z byłą zakonnicą Katarzyną von Bora. Była ona jedną z 12 sióstr, które pod wpływem nauk Lutra uciekły z klasztoru w Nimbschen. Marcin Luter pomagał byłym zakonnicom znaleźć dach nad głową, jak również szukał dla nich odpowiednich mężów (w przypadku reformatora inicjatywa matrymonialna wyszła nie od niego samego, a od Katarzyny). Luter miał kilkoro dzieci

Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_Luter

               

                 Marcin Luter – zabójca, rozpustnik i samobójca.

 

                                            Obraz w treści 1

 

 

Ks. dr Luigi Villa w książce "Marcin Luter morderca i samobójca", przedstawia najważniejsze fakty i świadectwa ludzi różnych wyznań, żyjących zarówno w czasach Lutra, jak i obecnie
badających jego życiorys ( naukowców protestantów i katolików).Świadectwa z tamtej epoki jak i badania współczesne potwierdzają i dowodzą, iż Marcin Luter był zabójcą (dlatego schronił się do klasztoru szukając azylu) oraz że życie swoje zakończył wieszając się w swej sypialni po kolejnej wieczornej orgii.Świętowanie Lutra przez "katolików", intronizowanie jego figury w Watykanie, obchodzenie uroczyste "reformacji" jest po prostu aktem zwykłej i ordynarnej apostazji. Jorge Bergoglio pełniący obowiązki papieża, uważa, że kapłani tradycjonaliści mają problemy duchowe i moralne? Zatem z dedykacją dla współczesnych ekskomunikowanych zwolenników Lutra:
„Biada tym, którzy zło nazywają dobrem, a dobro złem, którzy zamieniają ciemności na światło, a światło na ciemności, którzy przemieniają gorycz na słodycz, a słodycz na gorycz!” (Iz 5, 20). 
https://gloria.tv/article/s4ZyB6zA1pgB6qmgnRpchghPL