II. Obozowa Marszruta

1. Victoriaschule – szkoła pod nazwą Victoria

Wczesnym rankiem dnia 1 września 1939 r. o godz. 4:45 od strony Nowego Portu (Neufahrwasser) usłyszałem odgłosy armat ciężkiego kalibru. To pancernik „Schleswig – Holstein” ostrzeliwał Westerplatte.
Wzmogły się szykany i pierwsze aresztowania Polaków pod różnymi pretekstami. W nocy 1 września 1939 r. wywlekano ich masowo z mieszkań i zapędzano do przygotowanych cel w więzieniu Schiesstange i prezydium policji, a także do specjalnie opróżnionej do tego celu „Victoriaschule” . Nie szczędzono Polakom obelg, bicia i innych form poniżenia. Następnie osadzono gdańszczan Polaków w koszarach Nowego Portu i w obozie Stutthof.
Na murach gdańskich ulic rozlepione zostały czerwone i żółte afisze z proklamacją Gauleitera Alberta Forstera oznajmiającą, iż byłe Wolne Miasto Gdańsk włączone zostało do III Rzeszy. Na licznych balkonach i w oknach Gdańska i przedmieść powiewały czerwone flagi ze swastyką. Po pewnym czasie uliczne megafony nastawione na cały regulator nadawały przemówienie Gauleitera, który obwieszczał, że konstytucja Wolnego Miasta została zniesiona. Tymczasem przed gmachem „Victoriaschule” tłum szowinistycznie nastawionych Niemców witał nadchodzących gdańszczan Polaków, konwojowanych przez szturmowców,  wrzaskiem: „Polnische Schweine! Banditten! Verfluchte Kaschuben! (Polskie świnie! Bandyci! Przeklęci Kaszubi!) Zabijcie ich!”
Przed bramą szkolną stali w dwóch szeregach uzbrojeni w gumowe pałki oraz karabiny SA i SS-mani, którzy każdego przechodzącego okładali pałkami. Dziedziniec szkolny coraz bardziej gęstniał od masy aresztantów… w wielu wypadkach niekompletnie ubranych, nawet w samej bieliźnie, noszących ślady dotkliwego pobicia.
Dnia 8 września 1939 r. na drzwiach wejściowych do naszego mieszkania na I piętrze wywiesiłem kartkę z napisem: „Ich kehre um 13:00 Uhr zurück” (Wrócę o godzinie 13:00). Rzeczywiście około godziny 14:00 przyszło po mnie dwóch gestapowców. Zaprowadziłem ich do mojego pokoju. Pytają: „Wer bist Du?”  (Kim jesteś?)  „Bürger der Freien Stadt Danzig”. (Obywatel Wolnego Miasta Gdańska). „Nationalität – Pole” (Narodowość – Polak).
Kiedy zaczęli penetrować mieszkanie, znaleźli pas harcerski. Tym pasem dostałem po twarzy. Zapytali:  „Du bist ein Pfadfinder?” (Jesteś harcerzem?). Odrzekłem: „Ja” (Tak). Gestapowcy odezwali się do mnie: „Komm mit uns!” (Pójdziesz z nami!) Przy wyjściu na ulicę stał ich samochód. Wpakowali mnie do niego. Pojechaliśmy w kierunku Śródmieścia do Victoriaschule przy Holzgasse – obecnie ulica Kładki 24.
Na korytarzu wejściowym do szkoły stał szpaler Niemców w uniformach, okładających pałkami wchodzących Polaków. Zwinnie manewrowałem między nimi i unikałem uderzeń. Wszystkich gdańszczan – Polaków kierowano pod mur boiska szkolnego i ustawiano ich twarzą do muru. Jeden z gestapowców, prawdopodobnie ten, który mnie aresztował, z całej siły uderzył mnie pięścią w głowę i wycedził słowa pełne nienawiści:  „Du verfluchter Pfadfinder!” (Ty przeklęty harcerzu!). Zamroczyło mnie. Przytomność odzyskałem po kilku minutach – ocknąłem się  z bólem głowy i skrwawionym czołem.
Po tym „przywitaniu” uformowała się kolejka. Po spisaniu danych personalnych  każdy z nas musiał oddać swoje dokumenty i osobiste drobiazgi. Wyżywienie w „Victoriaschule” składało się z porcji zupy i kawałka chleba dziennie. Nie było misek ani talerzy, więc zupę jedliśmy z puszek. Wśród maltretowanych widzieliśmy księdza Bronisława Komorowskiego, proboszcza z Kościoła pw. św. Stanisława we Wrzeszczu, w którym to kościele zostałem przyjęty do Pierwszej Komunii Świętej.
Po 3 dniach, 11 września 1939 r., przetransportowano nas do obozu dla jeńców cywilnych, do Stutthofu, który później stał się obozem koncentracyjnym z podobozami .

2. Obóz dla jeńców cywilnych Stutthof

Wieś Sztutowo jest położona 33 km na wschód od Gdańska. Niedaleko wsi wybudowano obóz Stutthof. W obozie tym z początku spaliśmy pod namiotami, a w ciągu dnia budowaliśmy drewniane baraki. Gdy już kilka baraków było gotowych, spaliśmy w nich na podłodze pokrytej słomą.
Zostałem wpisany do ewidencji jako więzień numer 624. Pracowałem przy karczowaniu lasu i wydobywaniu korzeni. Przy niedostatecznym wyżywieniu praca ta była bardzo uciążliwa. Później udało mi się przejść do komanda „Saegewerk”,  tj. do pobliskiego tartaku, gdzie korowaliśmy pnie drzewne. Najlepiej powodziło mi się przy pracach rolnych na zewnątrz obozu, ponieważ gospodarze – gdańszczanie dobrze nas karmili. Można było najeść się do syta.
Nasza dziesięcioosobowa grupa więźniów została odwołana do obozu Stutthof przed świętami Bożego Narodzenia, a z początkiem stycznia 1940 r.  na apelu odczytano kilkadziesiąt numerów więźniów przeznaczonych do transportu do obozu w Nowym Porcie koło Gdańska. Wśród wyczytanych numerów usłyszałem również swój numer.
Z dawnych polskich koszar Nowego Portu – przekształconych w niemiecki obóz dla jeńców cywilnych – odkomenderowano nas na kilka dni do robót porządkowych na Westerplatte.  Co mnie bardzo zbudowało? Otóż nietknięty został orzeł umieszczony na tynku przedniej rozwalonej ściany koszar. Dookoła herbu widać było pełno draśnięć od kul karabinu maszynowego, ale orzeł z koroną pozostał nienaruszony, nie miał ani jednego draśnięcia.
Stanąłem – jak również wielu innych Polaków – gdańszczan – przed obliczem komendanta SS Obersturmbannführera Pauly’ego . Oględziny ze  względu na rasę wypadły pomyślnie i zostałem przekazany w lutym 1940 r. do obozu szkoleniowego w Prabutach w Prusach Wschodnich, tzw. „Umschulungslager Riesenburg”. Gdy przebywałem w obozie przejściowym Riesenburg w Prusach Wschodnich, wielkim wstrząsem dla nas gdańszczan była wiadomość o Wielkim Piątku 22 marca 1940 r., który nazwaliśmy „krwawym Wielkim Piątkiem”. Wówczas w lesie poza terenem obozu Stutthof zostało rozstrzelanych 67 Polaków – patriotów, wśród których byli przedstawiciele inteligencji gdańskiej: nauczyciele, profesorowie, adwokaci, dziennikarze, urzędnicy Dyrekcji Okręgowej Polskich Kolei Państwowych, lekarze, przemysłowcy, bankowcy, kolejarze, rolnicy, robotnicy, kupcy, pocztowcy, celnicy oraz księża. Wśród księży został rozstrzelany ks. Bronisław Komorowski – proboszcz kościoła pw. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Gdańsku – Wrzeszczu. Drugim rozstrzelanym księdzem był Marian Górecki – prefekt Gimnazjum Polskiego w Gdańsku i zarazem opiekun kaplicy pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w Nowym Porcie i opiekun duchowy Polskiego Klubu Morskiego . Komendant Harcerskiej Chorągwi Gdańskiej, hm. Alf Liczmański, został rozstrzelany już 20 marca 1940 r. w podobozie Stutthof – Grenzdorf (Graniczna Wieś koło Skarszew). Również w Wielki Piątek 22 marca 1940 r. został rozstrzelany mój wuj, Konrad Sojecki, starszy asystent PKP pracujący w DOKP w Gdańsku.
Wszystkich wymienionych i niewymienionych ekshumowano w 1946 r., a ich zwłoki przeniesiono w 1947 r. na cmentarz na Zaspie, położony blisko Gdańska -Wrzeszcza.

3. Z obozu przejściowego w Prabutach do pracy przymusowej na roli

Od 14 stycznia do 15 marca 1940 r. pracowałem przy pracach porządkowych i odśnieżaniu torów kolejowych w obozie przejściowym w Prabutach (Riesenburg) koło Kwidzynia. Po tym okresie kilkanaście rodzin polskich z Gdańska zostało przeznaczonych do robót rolnych w głębi Niemiec.
W czasie transportu do Niemiec przyłączyłem się do rodziny Kreftów, którą znałem jeszcze sprzed okupacji. Na stacji Tempelburg (obecnie Czaplinek koło Szczecinka) oczekiwali na nas gospodarze rolni. Wraz z Brunonem Kreftem i jego siostrą, Eleonorą, zostaliśmy przydzieleni do gospodarza Karla Springera, Tempelburg-Abbau (Czaplinek-Wybudowanie). U tego bauera pracowałem do końca stycznia 1941 r. Wieczorami przy świeczce uczyłem się z zeszytów: „Maschinenbau-Grundlehrgang” Konstanz. (Był to kurs podstawowej budowy maszyn wraz z rozwiązaniami). Nie podobało się to jednak gospodarzowi.
Przez Arbeitsamt w Tempelburgu otrzymałem skierowanie do majątku rolnego w Heinrichsdorf położonego blisko Czaplinka. Kilkadziesiąt osób, Polaków i Polek ze  znaczkiem „P”, było zatrudnionych w tym majątku, za bardzo skromne wynagrodzenie. Zarobki były niewłaściwie obliczane, wręcz zaniżane przez niemieckiego zarządcę –  niekorzystnie dla całej naszej grupy. Ja, jak również kilku innych Polaków, zwróciliśmy na to uwagę naszemu pracodawcy.
Po kilku tygodniach gestapo zabrało mnie z tego majątku i wtrąciło do więzienia Neustettin w Szczecinku. Tam zatrzymano mnie do końca kwietnia, a na początku maja 1941 r. musiałem podpisać rozkaz uwięzienia „Haftbefehl”. U dołu tego rozkazu widniał podpis wysokiego funkcjonariusza SS, Reinharda Heydricha – szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Taką – okazuje się – byłem niebezpieczną osobą dla Rzeszy.
Niedawno, z Naszego Dziennika  (z 27 maja 2004 r.) dowiedziałem się, że Reinhard Heydrich został ciężko ranny w zamachu zorganizowanym w Pradze czeskiej przez dwóch czeskich spadochroniarzy. Zmarł od odniesionych ran 4 czerwca 1942 r. W odwecie Niemcy wymordowali około 200 osób, mieszkańców wsi Lidice. Rodzina Kreftów straciła wówczas swego członka rodziny, Brunona, który padł na froncie wschodnim w szeregach Wehrmachtu. Kto wie, może również straciłbym swe życie na froncie wschodnim, gdybym podpisał Volkslistę!? Jak się później dowiedziałem od Eleonory Kreft, nasz gospodarz, Karl Springer, po moim odejściu, kilka miesięcy później, powiedział na mój temat: „Er hat schon kalte Fuesse”. (On już ma zimne nogi). Z tego wynika, że gestapo z Neustettin zasięgnęło języka na mój temat u Karla Springera. Jego dwaj synowie również zginęli na froncie wschodnim.

„Victoriaschule”  to do września 1939 r. szkoła dla dziewcząt niemieckich,  która 1 września została przeznaczona na więzienie przejściowe dla aresztowanych Polaków.

Stutthof – oficjalnie według nomenklatury niemieckiej w okresie od 2 września 1939 r. do 30 września 1941 r. pełnił funkcję obozu dla jeńców cywilnych, tzw. Zivilgefangenenlager Stutthof, od 1 października 1941 r. do
6 stycznia 1942 obozu pracy wychowawczej, tzw. Arbeitserziehungslager Stutthof i od 7 stycznia 1942 r.  do 9 maja 1945 r. obozu koncentracyjnego. Niezależnie od zmiany nazwy od początku swego istnienia do końca spełniał ze względu na warunki życia  więźniów rolę obozu koncentracyjnego.

Maks Pauly pełnił od 1 września 1939 r. do 31 marca 1940 r. funkcję komendanta Komendantury Obozów dla jeńców cywilnych w Gdańsku – Nowym Porcie i od 1 kwietnia 1940 r. do 31 sierpnia 1942 r. funkcję komendanta obozu Stutthof.

Po długoletnich powojennych badaniach i odkryciu drugiej mogiły w nadleśnictwie Stegna koło byłego KL Stutthof, w której znajdowały się szczątki 22 mężczyzn, ustalono, że jednym z zamordowanych 11 stycznia 1940 r. był ks. Franciszek Rogaczewski. Księdza  B. Komorowskiego i księdza M. Góreckiego Niemcy rozstrzelali w czasie zbiorowej egzekucji 67 osób 22 marca 1940 r. Grób odnaleziono jesienią 1946 r. Uroczysty pochówek tych ofiar odbył się 4 kwietnia 1947 r. na Cmentarzu dla Zasłużonych w Gdańsku – Zaspie. Wszystkich trzech wyżej wymienionych księży Ojciec Święty, Jan Paweł II, beatyfikował 13 czerwca 1999 r. w Warszawie w gronie 108 męczenników II wojny światowej.

4. Z więzienia w Neustettin do obozu koncentracyjnego KL Auschwitz

Powracając do głównego wątku  moich wspomnień, muszę dodać, że z więzienia Neustettin zostałem doprowadzony przez konwojenta do więzienia policyjnego w Poznaniu. Tam spotkałem się z moim bratem, Kazimierzem, cztery lata starszym ode mnie. Jego wtrącił do obozu w Działdowie gestapowiec, który przegrał rozprawę sądową w Płocku. Miał konszachty z polskimi stolarzami. Tłumaczem na tej rozprawie był Kazimierz. Gestapo, rewidując mieszkanie brata, znalazło  moje listy i stąd koło się zamknęło – 22 maja 1941 r. w transporcie razem ze 108 więźniami przekroczyliśmy bramę KL Auschwitz z napisem „Arbeit macht frei" (Praca czyni wolnym) – z naszym późniejszym dodatkiem: „przez komin”. Jak nas pouczyła władza obozowa w trakcie powitania: „Häftling, der länger lebt als 3 Monate, lebt kosten anderer Häftlinge” (Więzień, który żyje dłużej niż 3 miesiące, żyje kosztem  drugich więźniów).  Z tego wynika, że zbrodniczy system obozów koncentracyjnych tak został skonstruowany, aby „Häftling” mógł żyć tylko do trzech miesięcy.
Pierwsze moje komando pracy, „Kiesgrube”, było potwornie wyniszczające. Im Laufschritt, czyli musiałem biec z taczką do dołu żwirowego po żwir i z powrotem z pełną taczką żwiru do obozu, by wysypać jej zawartość wzdłuż ogrodzenia wysokiego napięcia. Po kilku dniach tego morderczego biegu z taczką i ładunkiem doszedłem do wniosku, że nawet trzech miesięcy nie wytrzymam.  Capo, który nadzorował wysypywanie żwiru z taczek, był nieludzki; kolejny był już inny –  bardziej łagodny. Zapytałem  go: „Wo soll ich den Kies ausschitten?” (Gdzie mam ten żwir wysypać?) „Was, du verstehst deustch! Du wirst hier planieren!” (Co, ty potrafisz po niemiecku! Ty będziesz tutaj niwelować! ) Odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem, że jeszcze pożyję!
Moim następnym komandem pracy było komando „Bauhof”, na którym były składowane materiały budowlane. Gdy nadjeżdżały wagony z workami cementu czy innymi materiałami, rozładowywaliśmy je. Po zakończeniu pracy wracaliśmy do obozu obciążeni pięcioma cegłami do budowy nowych bloków. Po takim kilometrowym marszu z obciążeniem byliśmy nieludzko wykończeni. Tuż za bramą witała nas orkiestra obozowa.
Wówczas w tym komandzie pracy zachorowałem na krwawą biegunkę – Durchfall. Zgłosiłem się do  szpitala obozowego, „Krankenbau”. Na środku sali znajdowały się siedzenia z otworami i kubłami, a dookoła ścian ułożone były sienniki. „Nie wolno ci tutaj dłużej pozostać!” –  pomyślałem. Zachowując ścisły post, po kilku dniach wydostałem się z tej makabrycznej sali. Na drugiej sali, z łóżkami dwupiętrowymi i siennikami, powoli wracałem do siebie: gorączka spadła, spieczone wargi po herbacie ziołowej wracały wolno do normy, bóle żołądkowe  nie były już takie silne,  krwawienie ustało… Koledzy przynosili mi węgiel drzewny. Na Durchfall umierało tysiące häftlingów. Potem groźny tyfus przerzedził nasze szeregi.
Po kilku tygodniach bardzo osłabiony wróciłem do komanda „Bauhof”. Wówczas  uformowała się tam grupa kilkudziesięciu więźniów z przeznaczaniem do komanda DAW. Przyłączyłem się do tej grupy. DAW to Deutsche Ausruestungswerke –  Niemieckie Zakłady Zbrojeniowe. Przeznaczono mnie na Holzplatz – plac drzewny. Capo tego komanda zapytał: „Kto potrafi obliczyć kubaturę tych stojących stosów drzewnych?” Z miejsca wysunąłem się  z szeregu, potwierdzając odpowiedź na pytanie w języku niemieckim. Otrzymane formularze specyfikacyjne po wypełnieniu przekazałem do biura drzewnego – Holzbüro. Żadna „moja” specyfikacja nie wróciła do poprawki. Nawiasem mówiąc, po ukończeniu Wyższej Szkoły Handlowej Macierzy Polskiej w Gdańsku w 1935 r. na poziomie średnim, jako praktykant spedycyjnej firmy „Atlantic” odbywałem praktykę w Nowym Porcie (Neufahrwasser) i tam przy załadunku kopalniaków na statki obliczałem w metrach przestrzennych załadunki kilkunastu statków, również w metrach sześciennych  kantówki i deski. Na placu drzewnym DAW specyfikacje sporządzałem przez kilka tygodni i stamtąd dostałem się do biura drzewnego.
Dla Wehrmachtu DAW produkowało: Manndchafts Doppelbetten, Baenke und Schraenke, czyli podwójne łóżka drewniane, ławy i szafy. Gdy nas objęła reorganizacja tych zakładów, prowadziłem kartotekę obsady häftlingów – Haeftlingseinsatz oraz pod kierunkiem SS Rottenführera Butzig częściową ekspedycję wykonywanych przez DAW produktów. Do tego biura ekspedycyjnego wybrałem jeszcze trzech dorosłych Polaków i jednego 17-latka, Henryka Sikorskiego z Łodzi.
Do tych wspomnień pragnę dołączyć jeszcze istotną rodzinną sprawę – śmierć mojego brata, Kazimierza, która nastąpiła 17 listopada 1941 r. Już w pierwszych dniach czerwca 1941 r. brat został włączony do komanda, które wychodziło poza obręb obozu. Kazimierz za kontakt z cywilnymi Polakami został wtrącony do kompanii karnej, której racje żywnościowe zostały obniżone do połowy naszej racji. Karna kompania mieściła się w bloku XI, nazywanym słusznie „blokiem śmierci”.
Należy wspomnieć jeszcze o ważnym fakcie, który zdarzył się na przełomie lipca i sierpnia 1941 r. Założycielem, organizatorem i komendantem KL Auschwitz – Birkenau w czasie od maja 1940 r. do listopada 1943 r.  był Rudolf Hoess. Następnym komendantem był Arthur Liebehenschel, a ostatnim  był SS Sturmbannführer Richard Bär.
Przeciwieństwem Rudolfa Hoessa był o. Maksymilian Kolbe. Ich życiorysy w fazie początkowej wiele się nie różniły. Obydwaj byli ministrantami. Dopiero w latach późniejszych Rudolf Hoess, na wezwanie Himmlera, wstąpił w szeregi SS. Obaj zginęli na terenie KL Auschwitz w 47. roku życia. O. Maksymilian Kolbe został dobity zastrzykiem fenolu w bunkrze bloku śmierci (blok XI) dnia 14 sierpnia 1941 r. Zginął jako męczennik Chrystusowy i sługa Matki Bożej, oddając swe życie za Franciszka Gajowniczka, ojca dwojga dzieci. Rudolf Hoess zginął na szubienicy w kwietniu 1947 r. jako ludobójca niespotykanej miary, tuż przy swojej wilii znajdującej się za ogrodzeniem centralnego obozu KL Auschwitz.
Komando Niemieckich Zakładów Zbrojeniowych DAW liczyło około 700 häftlingów różnej narodowości i rasy. Najwięcej było Polaków i Żydów. Zakłady składały się z 5 hal produkcyjnych: Maschinenraum wyposażonych w różne obrabiarki do obróbki drewna, Bankraum I i II – stolarni na I i II piętrze, budynku administracyjnego oraz placu drzewnego. Halą numer 1 kierował więzień, Jan Gradek, który był bardzo przedsiębiorczy i znał dobrze swój fach. Produkowano tam okna dla poszkodowanych po alianckich nalotach bombowych – Fenster fuer Bombenbeschädigte w ilościach kilku tysięcy. Janek dbał o swoich pracowników. Mając dobre kontakty z kuchnią obozową, otrzymywał często dodatkowy kocioł zupy dla swojej załogi.
W porze obiadowej komando DAW otrzymywało 15 kotłów zupy – po jednym litrze zupy dla każdego häftlinga. Jeden z tych kotłów obsługiwał Niemiec z zielonym winklem Berufsverbrächer – zawodowy kryminalista. Swoim niemieckim kolegom wlewał chochlą do misek pełną gęstą zupę, a nawet dawał i dokładkę. Polacy burzyli się na takie postępowanie. Nie wytrzymałem, podszedłem do niego, wyrwałem mu chochlę z  rąk i sam zacząłem sprawiedliwie rozlewać po 1 litrze zupy.
Należałoby jeszcze wspomnieć o moim koledze, Leonie Kulowskim, pracującym na hali numer 1 jako zastępca Jana Gradka. Idąc jak zwykle na plac drzewny celem wybrania odpowiedniej ilości desek do produkcji, zauważył młodego häftlinga z gwiazdą…  najpierw słaniającego się na nogach, a w końcu opartego o stos drzewny. Był już muzułmanem, czyli więźniem w końcowym stadium życia. Leon zabrał go z sobą do hali numer 1, tam go nakarmił i zatrudnił przy pracach porządkowych. Spór między capo Holzplatzu i capo hali 1. rozstrzygnął się na korzyść Janka. Młodego Żyda przeszeregowałem z jednego do drugiego podkomanda. Okazało się w późniejszych latach, że Leon Kulowski spotkał tego właśnie uratowanego Żyda na ulicy na wyspie kanadyjskiej ST. John’s  jako właściciela tartaku. Kolega mój był wówczas lekarzem na statku macierzystym, którego ładunek ze złowioną rybą przekazywano często do kanadyjskiego portu, również o nazwie ST. John’s.
W roku 1943 krematoria obozu KL Auschwitz – Birkenau pracowały pełną parą. Komando DAW było oddalone od tego obozu o 2 km. Z kominów krematoryjnych wydobywały się olbrzymie płomienne języki i kłęby potwornego dymu. Gdy wiatr wiał w naszym kierunku, czuliśmy mdły zapach spalonych ludzkich ciał.
Biorąc pod uwagę średnią wydajność krematoriów (52 retorty), potwierdzoną zeznaniami świadków, przy uwzględnieniu stwierdzonych przerw i okresów napraw, ocenia się liczbę spalonych zwłok ludzkich na około 3 miliony. Gdy nadchodziły do obozu zwielokrotnione transporty, kopano doły, do których wrzucano zagazowane zwłoki i palono je tam, ponieważ krematoria miały ograniczoną przepustowość. Również palono na stosach.

5. Dalsza gehenna

Gdy toczono boje o Stalingrad, a armia generała Paulusa została otoczona i rozgromiona, a zdziesiątkowane niemieckie armie zaczęły się cofać ze wschodu na zachód, władza obozu KL Auschwitz – Birkenau otrzymała odgórne polecenie ewakuacji jednego i drugiego obozu.
Jeden z pierwszych transportów został skierowany 2 grudnia 1944 r. do KL Dachau, w którym to obozie przebywaliśmy jedynie 10 dni. W tym okresie my sami, jak i nasze odzienie więzienne, zostaliśmy odwszawieni. Jeszcze krócej przebywaliśmy w KL Buchenwald, skąd skierowano nas do Aussenkommando Ohrdruf. W tych obozach otrzymaliśmy nowe numery więzienne.
Baliśmy się każdego transportu, bowiem nie wiadomo było, jakie na miejscu zastaniemy warunki obozowe, jakie komando pracy, kto będzie naszym capo, jakie otrzymamy racje żywnościowe, jakie będą warunki odpoczynku i snu. Moim towarzyszem niedoli we wszystkich obozach koncentracyjnych był gdańszczanin, Jan Gdaniec. Wspólnie staraliśmy się o uzyskanie chociaż najskromniejszej funkcji obozowej. To nam się często udawało ze względu na dobrą znajomość języka niemieckiego.
Najbardziej wysuniętym na zachód z „moich” niewolniczych obozów było Aussenkommando KL Buchenwald – Bunkerlager Crawinkel. Pod nadzorem SS-manów zakładaliśmy tam nowy obóz.  Zajmowaliśmy opróżnione z amunicji bunkry, do których  przydzielano po 50 häftlingów. Na noc  wstawiano do bunkra prowizoryczną latrynę i  szczelnie go zamykano. Każdego dnia rankiem w poszczególnych bunkrach odbywała się kontrola stanu liczbowego więźniów.
Pierwszego dnia zgłosiłem: „Bunkier numer 3 Bestand 48 Häftlinge”. Raportführer usłyszawszy to, odezwał się do mnie: „Komm mit!” (Chodź ze mną!). Przechodząc od bunkra do bunkra, odpowiedzialny z ramienia SS za stan liczbowy więźniów w obozie  zwrócił się do mnie: „Będziesz głównym pisarzem”, a do mego kolegi  Janka powiedział: „Będziesz starszym obozowym!” W krótkim czasie ustanowiliśmy około 60 Bunkeraeltester – starszych bunkrów i 60 Schreiberów – pisarzy na każdy bunkier. W ciągu dnia otrzymywałem od każdego pisarza bunkrowego meldunki o stanie początkowym i końcowym, o liczbie więźniów przeniesionych  z bunkra do bunkra i o liczbie zmarłych häftlingów.
Praca w największym komandzie „Dora” była bardzo ciężka, a śmiertelność wśród więźniów zastraszająca. W odległości czterech kilometrów od obozu komando więźniów wykuwało i drążyło tunel pod nową fabrykę podziemną.
Pewnego dnia w styczniu 1945 r. zwrócił się do mnie kolega Pioch, gdańszczanin, z zapytaniem, czy mógłby uzyskać zatrudnienie w samym lagrze, bo praca w komandzie „Dora” go wykańcza. Rzeczywiście, stan jego zdrowia był opłakany; był już prawie muzułmanem. Otrzymał funkcję Schreibera – pisarza w jednym z bunkrów. Ocalał. Spotkałem się z nim latem 1945 r. w Sopocie.
Zbliżała się końcowa faza II wojny światowej. Wehrmacht  cofał się na wszystkich frontach. Alianci posuwali się coraz bardziej w głąb Niemiec. Pomruki artylerii alianckiej słychać było w drugiej połowie marca 1945 r. coraz donośniej. Pod koniec marca władza obozowa czyniła przygotowania do ewakuacji. Trasa ewakuacyjna miała przebiegać bocznymi drogami w kierunku na Arnstadt w okręgu Erfurt i dalej na Weimar do macierzystego obozu KL Buchenwald znajdującego się w odległości około 60 km.
Pierwsza kolumna marszowa uformowała się 1 kwietnia w godzinach rannych, a dalsze w następnych. Około 3.000 häftlingów wyruszyło w drogę powrotną – tzw. „Marsz Śmierci”. Któż dojdzie do celu? – to pytanie nurtowało wielu. Ci więźniowie, którzy nie byli zdolni do wymarszu, chorzy na tyfus i inne choroby obozowe, a także ci, którzy ukryli się w zakamarkach obozowych, zostali przez wachmanów wybici. Większość häftlingów była niezdolna do pokonania drogi ewakuacyjnej. Otrzymany prowiant stanowiło zaledwie pół bochenka chleba i 1/4kostki margaryny. Większość więźniów komanda „Dora", wygłodzonych i wyczerpanych ciężką pracą, spożyła cały swój prowiant  już w pierwszym dniu marszu. Tylko niewielka garstka więźniów pozostawiła zaledwie pajdę chleba na następne dni.
Häftlindzy, którzy nie dotrzymywali tempa marszu, ginęli od kul SS-manów. Już w pierwszym dniu ubyło spośród nas powyżej 100 więźniów. Do późnego wieczora maszerowaliśmy do pierwszego etapu. Pojedyncze ucieczki nie udawały się, ponieważ okoliczna ludność była do nas wrogo nastawiona. Konwojujący nas strażnicy, SS – Ukraińcy, byli bezwzględni, nikogo z maruderów nie oszczędzili. Mieli dla nich strzał w głowę i… trup pozostawał na drodze. W drugim i trzecim dniu „Marszu Śmierci" pozostało na drodze kilkuset więźniów, którzy padli z wycieńczenia i różnych wyniszczających chorób. Czwartego dnia doszliśmy  do Weimaru. W naszym szeregu znajdował się słaniający się na nogach młody Żyd. Z początku podpieraliśmy go, a dalej już wlekliśmy, bo kolanami dotykał bruku. Na rozkaz SS-mana odstawiliśmy häftlinga na pobocze drogi. Dostał strzał w głowę. Jego krew bluznęła, a mózg wytrysnął. Tę morderczą scenę zobaczyła jedna z mieszkanek Weimaru wyglądająca z drugiego piętra. Usłyszeliśmy jej przeraźliwy krzyk!
Wielkim wysiłkiem woli pokonaliśmy ostatnie kilometry. Dochodząc do szczytu stosunkowo dużej wyniosłości, zbliżyliśmy się do obozu KL Buchenwald. W obozie tym byliśmy jedynie 2 dni. Dalsza ewakuacja nastąpiła w pierwszej połowie kwietnia  1945 r. Wagonami do przewozu towarów powieźli nas w kierunku wschodnim. Po drodze,  w momencie, gdy samoloty brytyjskie zaczęły bombardować miasto Dresden, odstawieni zostaliśmy na boczny tor. Z później otrzymanych wiadomości dowiedzieliśmy się, że całe miasto legło w gruzach.
Ostatnim obozem mojej tułaczki podczas okupacji niemieckiej okazał się KL Flossenburg – Aussenkomando Leitmeritz, na terenie byłej Czechosłowacji. W tym obozie więźniowie byli zatrudnieni przy produkcji części do czołgów ,,Tiger”. Praca odbywała się w podziemnych tunelach na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów.  Nie brałem w nich udziału, ponieważ byłem zatrudniony przy pracach porządkowych wewnątrz obozu.
W nocy z 5 na 6maja 1945 r. obudził nas gong. Blockaeltester nie zezwolił nam na wyjście na plac apelowy. Okazało się, że miano zlikwidować wszystkich więźniów wprowadzając ich do podziemnych tuneli i zaminowując wejścia i wyjścia. Nie doszło do tego mordu, ponieważ spór między Lagerführerem i Arbeitsdienstführerem rozstrzygnął się na naszą korzyść. Mieliśmy pozostać przy życiu! Liczniejsza załoga Arbeitsdienstführera wygrała spór.
Na placu apelowym Blockführer zapytał häftlingów z naszego bloku: „Wer versteht auf der Maschine schreiben?” (Kto potrafi pisać na maszynie?). Wystąpiłem z szeregu. Otrzymałem zadanie wypisywania zaświadczeń.


Napisałem ich około 200,  w języku niemieckim,  następującej treści:

 

„Häftling numer…, nazwisko, data i miejsce urodzenia, został zwolniony przez Komando B5 na rozkaz Policji Bezpieczeństwa, Leitmeritz. Ma udać się najkrótszą drogą do swego miasta rodzinnego”.

  

 

 

 


Poniżej znajdował się stempel z podpisem dowódcy grupy: Hauptscharführera.
Zaświadczenia przekazywałem  przez SS-mana do podpisu.

Comments are closed.