Oswięcim Rodzina Króla Jana III Sobieskiego -Siostra Marianna Marchocka -patronka Karmelitanek w Oswięcimiu

 

 

 

 

Sługa Boża Marianna Marchocka w Karmelu,, Teresa od Jezusa ,,urodziła się  25 czerwca 1603 w Stróżach, zm. 19 kwietnia 1652 w Warszawie

26 kwietnia 1620 roku wstąpiła do klasztoru karmelitanek bosych pw. św. Marcina w Krakowie. W zakonie przybrała imię Teresa od Jezusa na cześć św. Teresy z Avila, hiszpańskiej reformatorki zakonu kanonizowanej 22 marca 1622 r . W 1637 roku została obrana przełożoną zakonu.Pełniła funkcję mistrzyni nowicjatu w latach 1630–1639.W 1642 roku wyjechała do Lwowa, aby założyć tam nową placówkę zakonu

Była przełożoną i mistrzynią pierwszego pokolenia lwowskich karmelitanek bosych

W 1648 roku, z powodu Powstania Chmielnickiego, karmelitanki musiały uchodzić do Krakowa, skąd następnie przeniosły się do Warszawy, gdzie 2 czerwca w uroczystym wprowadzeniu zgromadzenia do prowizorycznego klasztoru wzięli udział król Polski Jan Kazimierz oraz nuncjusz apostolski.Również w Warszawie sprawowała funkcję przeoryszy.W styczniu 1652 roku ustąpiła z urzędu przeoryszy Zmarła 19 kwietnia 1652 rokuŻycie Marianny Marchockiej, w tym jej doświadczenia mistyczne, przedstawia pisany barwną prozą (bliski stylu wypowiedzi ustnej) Żywot. Został spisany na polecenie spowiednika, a później kierownika duchowego, o. Ignacego od św. Jana Ewangelisty (zm. 1677) Matka Teresa zaczęła pisać go 3 maja 1647 roku

Marianna Marchocka (1603-1652) AUTOBIOGRAFIA MISTYCZNA
(fragmenty)

Siostra Marianna Marchocka  –Mistrzyni i przełożona w Krakowie

W lutym 1630 roku s. Teresa od Jezusa została wybrana pod przeoryszą klasztoru krakowskiego.W styczniu 1633 roku nową przeoryszą klasztoru została s. Konstancja od św. Karola. Miesiąc później – podprzeoryszą wybrano po raz drugi s. Teresę od Jezusa. Została też mistrzynią nowicjatu.W tym roku kontakt z klasztorem karmelitanek nawiązała 25 letnia Maria von Wittelsbach, księżniczka bawarska  ur 10 marca 1608 r w Monachium , kuzynka Polskich  Królowych   od dziecięcych lat przebywająca na polskim dworze królewskim w Warszawie.Księżna Maria Klara otrzymała habit zakonny 21 lutego 1634 roku z rąk wizytatora generalnego o. Gerarda od św. Łukasza.Początkowo królewicz kardynał – – żądał, by dano jej habit bez żadnej próby. O. Piotr Kordoński nie zgodził się na to i musiała odbyć tygodniowy postulat.Mieszkała w pałacu królewskim na Łobzowie  gdzie urodził się Królewicz Władysława IV i codziennie przychodziła na rozmowę z siostrami i przyszłą mistrzynią, s. Teresą od Jezusa, by mogły ją poznać i ocenić jej powołanie. Księżna "widząc wielebną Matkę małą, szczupłą i pokorną w sobie, a nie wiedząc o wysokich w niej mądrości Boskiej talentach, z niejakim podziwieniem rzekła: To  waszmość to będziesz moją mistrzynią". S. Teresa nie przelękła się książęcego tytułu swojej przyszłej nowicjuszki i z życzliwością, ale stanowczo odpowiedziała jej, że będzie "próbować jej ducha", ona zaś powinna być gotowa na wykonywanie wszelkich ćwiczeń zakonnych. Mistrzyni okazała się świetnym pedagogiem.Zdawała sobie sprawę, że wychowanej na dworze królewskim nowicjuszce niełatwo będzie przestawić się na nowy sposób życia, a przede wszystkim nauczyć się praktyki doskonałego posłuszeństwa, umartwienia, wykonywania prac służebnych, łącznie z paleniem w piecach. Uczyła ją, że istota życia karmelitanki polega na modlitwie oraz umartwieniu wewnętrznym i zewnętrznym. Wprowadzała ją więc w tajniki modlitwy wewnętrznej, trwania w obecności Bożej poprzez akty strzeliste, uświęcenia wszystkich swoich czynów ofiarując je Bogu jako wyraz miłości. "Uczyła ją w najmniejszych rzeczach zaprzeć się własnej woli i zmysły swoje w karności trzymać…" na przykład dobrowolnie przyjmując niewygodną pozycję w siedzeniu, umartwiać ciekawość, rezygnować ze smacznej potrawy. Nowicjuszka okazała się pojętna, chętnie korzystała z pouczeń mistrzyni i – jak to często w nowicjacie bywa – w pewnym momencie zdawało się jej, że mogłaby znacznie więcej cierpieć dla Pana Boga, na wzór świętych, których żywoty czytała. Jej pragnieniu stało się zadość. Początkowa łatwość modlitwy minęła, przyszły chwile oschłości i zniechęcenia, pojawiły się pytania, czy to życie jest dla niej, a jeżeli już dla niej, to czy nie powinna być traktowana trochę lżej ze względu na książęce pochodzenie? Do tego nowa przełożona, m. Anna od Jezusa, po rezygnacji m. Konstancji od św. Karola, doszła do wniosku, że dotychczasowa mistrzyni była zbyt miękka dla nowicjuszki, sama więc wzięła ten urząd w swoje ręce. Rozpoczął się surowszy nowicjat. Matka Anna wymagała bardziej stanowczo zapomnienia o godności swego pochodzenia. Nowicjuszka przez moment załamała się. Zdawało się jej, że zgromadzeniu powinno na niej bardziej zależeć, choćby ze względu na wielki posag, który wniosła. Spróbowała szantażu, mówiąc przeoryszy, że pragnie odejść. Ta jednak się nie przelękła i zupełnie spokojnie obiecała jej pomóc w powrocie do życia świeckiego. W takiej sytuacji "nieboga zrozumiawszy, że to nie będą jej prosić, aby została, padnie do nóg Matce z wielkim płaczem…" prosząc o niewydalanie z zakonu.

W przewidzianym czasie złożyła śluby zakonne, była bardzo gorliwą zakonnicą i kilka lat później ze swoją pierwszą mistrzynią zostały wyznaczone na fundację  Sobieskich do Lwowa.Na początku 1637 roku minęło trzechlecie rządów m. Anny od Pana Jezusa. Zgromadzenie wybrało ją po raz drugi na ten urząd, licząc że definitorium generalne udzieli koniecznej dyspensy. M. Anna jednak dyspensy nie otrzymała, wróciła więc do swojego klasztoru w Lublinie; w Krakowie przeoryszą wybrano s. Teresę od Jezusa.Nie tak dawno poprzednia przeorysza usunęła s. Teresę z urzędu mistrzyni nowicjatu, sądząc, że jest zbyt łagodna dla swoich nowicjuszek. Czyżby teraz m. Teresa przesadziła w surowości? Czyżby jej reakcja nie była współmierna do winy podwładnej?

Wiele lat później bł. Rafał Kalinowski powie: "Mała rzecz jest rzeczą małą, lecz okazanie się wiernym w małym jest rzeczą największą". Matce Teresie z całą pewnością nie zależało na drobiazgowości, ale na takiej wierności w małym, która jest wyrazem miłości wobec Chrystusa.W latach trzydziestych tylko dwie kandydatki otrzymały habit zakonny w klasztorze Św. Marcina: s. Ludwina od Trójcy Świętej, córka Mikołaja Piotrkowica, i znana już nam s. Teresa Maria od św. Józefa.( Wittelsbach )Zgromadzenie liczyło 21 zakonnic i osiągnęło maksymalną liczbę dopuszczalną przez Konstytucję.Tylko fundacja nowego klasztoru lub śmierć którejś z profesek mogły umożliwić następne przyjęcia.W roku 1635 Stefan Pac, podkanclerzy wielki litewski i wojewoda trocki, wystąpił z propozycją założenia klasztoru w Wilnie.Fundacja miała być wspólnym dziełem obu klasztorów: krakowskiego i lubelskiego. Każdy z nich miał dostarczyć po dwie zakonnice. Z klasztoru krakowskiego prowincjał wyznaczył s. Angelikę od Najświętszego Sakramentu, córkę mieszczanina lubelskiego Walentego Filipowicza, oraz s. Annę od św. Bartłomieja, córkę Piotra Jałbrzykowskiego. Dla klasztoru fundacja to wielkie święto, tak jak dla matki wydanie córki za mąż. Dla Teresy od Jezusa było to także święto bardzo osobiste: to ona była przełożoną klasztoru, która współdziałała w fundacji, a ponadto nowy klasztor otrzymał za patronów św. Józefa i św. Teresę od Jezusa, także jej patronów.Siostry nie wyjeżdżały do całkiem obcego miasta. Już od dwunastu lat byli tam ich bracia w zakonie, również w klasztorze pod wezwaniem św. Teresy, przy Ostrej Bramie, jeszcze wówczas nie znanej. ( przybyli z kopią obrazu Matki Bożej   znalezionego przez O Dominika od Jezusa i Maryji 22 marca 1609 r w Rzymie )

Nie obyło się jednak bez cierpienia. Jedna z karmelitanek krakowskich, s. Anna od św. Bartłomieja, zmarła wkrótce po przybyciu do Lublina, i w drodze do Wilna zastąpiła ją inna Anna, również od św. Bartłomieja, profeska lubelska.

Myśl wzniesienia nowego kościoła na miejscu otrzymanego od księży emerytów towarzyszyła karmelitankom od samego początku.Ich fundatorka, a potem współsiostra zakonna, Beata Konstancja Bużeńska zapisała na ten cel w 1619 roku znaczną sumę. Początkowo wydawało się, że pieniądze te wystarczą.Budowa kosztowała jednak dobrze ponad trzydzieści tysięcy złotych i trzeba było przeznaczyć na nią fundusze otrzymane także od innych dobrodziejów, przede wszystkim z zapisu s. Teresy Marii od św. Józefa( wittelsbach ), ks. Sebastiana Nuceryna, dworki królewskiej, niejakiej panny Urszuli, blisko zaprzyjaźnionej z s. Teresą Marią. Dokładano też z normalnych dochodów klasztoru.Najwięszym jednak problemem związanym z budową nowego kościoła nie były pieniądze, ale konflikt sąsiedzki z klaryskami z klasztoru Św. Andrzeja.Kościółek Św. Marcina przylegał do muru dzielącego posesję obu zgromadzeń.Zburzenie starego kościoła zaalarmowało klaryski. W obawie, by nowy nie "odebrał im światła", wniosły protest do biskupa krakowskiego Piotra Gembickiego……………

Spór załatwiono polubownie. Nowy kościół odsunięto od muru dzielącego posesję obu klasztorów oraz od ulicy. Taka zmiana wymagała częściowego wyburzenia budynków klasztornych od strony południowej. W czerwcu 1637 roku wspomniany oficjał dokonał poświęcenia kamienia węgielnego, sam odmierzając uzgodnioną odległość od posesji klarysek. Budowa sprawnie ruszyła naprzód. W pierwszym roku położono fundamenty, w drugim wznoszono mury, w trzecim prowadzono prace wykończeniowe.

Nowy kościół był nieco krótszy od zburzonego oraz – dla zachowania proporcji całej bryły – nieco wyższy, co stało się jedną z przyczyn drugiego etapu konfliktu z klaryskami. Autorem projektu i kierownikiem budowy był Jan Trevano, ten sam, który poprzednio budował karmelitankom klasztor.

W kwietniu 1640 roku karmelitanki wybrały przełożoną klasztoru s. Magdalenę od Krzyża.Z powodu tego sporu konsekracja kościoła odwlekła się do roku 1644.

Wcześniejszego poświęcenia,  jeszcze za przełożeństwa m. Teresy od Jezusa, dokonał sufragan krakowski Tomasz Oborski.Zmiana na urzędzie przełożonej szczęśliwie uwolniła m. Teresę od bardzo nieprzyjemnego konfliktu z klaryskami. Konflikt obu zgromadzeń był tym bardziej przykry, że przed trzydziestu laty klaryski z klasztoru Św. Andrzeja udzieliły gościny fundatorkom przybyłym do Krakowa z Niderlandów. Dla m. Teresy był to spór w rodzinie. Jej siostra była przecież klaryską, na szczęście w Starym Sączu.

Siostra Teresa od Jezusa –Fundatorka we Lwowie….

Ignacy od św. Jana Ewangelisty pisze, że matka Teresa bała się urzędu przeoryszy i twierdzi, że nie bez powodu się bała, ponieważ "sporządził jej Bóg cokolwiek krzyżów i okazji do cierpienia na tym urzędzie". Nie wiemy, jakie to cierpienia miał na myśli o. Ignacy, z całą pewnością nie chodziło jednak tylko o konflikt z klaryskami.Jeżeli liczyła, że zdanie urzędu przełożonej umniejszy jej cierpień, pomyliła się. Znikły jedne, zastąpiły je inne, przypuszczalnie bardziej przykre. Zgromadzenie nie rozumiało jej stanów duchowych i jej sposobu modlitwy.Spowiednicy uspokajali ją i polecali kontynuować dotychczasowy sposób modlitwy…Równocześnie zakonnice, a za nimi ludzie spoza klasztoru, szeptają "plotki" o tym, że czyta myśli innych, że jej modlitwy są skuteczne. Szczególnie głośny stał się przypadek powrotu do życia dziecka, które uznano za zmarłe. W takiej sytuacji Matka doszła do przekonania, że najlepszym dla niej wyjściem byłby wyjazd z Krakowa na nową fundację.

Łatwo wyobrazić sobie jej radość, gdy dowiedziała się o zamiarze Jakuba Sobieskiego założenia klasztoru karmelitanek we Lwowie.

Małżonkowie Teofila z Daniłowiczów i Jakub Sobiescy uzyskali pozwolenie papieskie na założenie klasztoru karmelitanek bosych we Lwowie 20 lutego 1641 roku.

Wynika stąd, że dużo wcześniej skontaktowali się w tej sprawie z prowincjałem karmelitów. Stało się to najpewniej już w roku 1640, czyli niedługo po złożeniu urzędu przeoryszy przez m. Teresę.Sobiescy przeznaczyli na klasztor drewniany dwór położony na wzgórzu poza murami miasta, odziedziczony po Żółkiewskich, obok którego zbudowali również drewniany kościół pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Przystosowanie dworu na potrzeby klasztoru oraz budowa kościoła miały miejsce przed przybyciem karmelitanek.Podobnie jak w przypadku fundacji wileńskiej, także lwowska była wspólnym dziełem klasztorów krakowskiego i lubelskiego p.w. św. Józefa.Z obu klasztorów miały wyjechać po dwie zakonnice. Dopiero dwa dni przed wyjazdem, czyli 21 maja 1642 roku, prowincjał podał do publicznej wiadomości imiona wybranych sióstr.

Zostały nimi m. Teresa Marchocka i s. Teresa Maria od św. Józefa( Klara Witelsbach)

W swojej autobiografii matka Teresa Marchocka pisze, że modliła się o nową fundację.

Sobiescy już wcześniej ustalili z arcybiskupem Stanisławem Grochowskim datę uroczystego wprowadzenia karmelitanek do klasztoru na wtorek po Zielonych Świętach (10 czerwca).

Do tego terminu trzeba było dostosować całą podróż. W sobotę, 24 maja, obie fundatorki zostały najpierw pożegnane przez zgromadzenie, a następnie w kościele karmelitów bosych p.w. śœ. Michała i Józefa otrzymały od prowincjała błogosławieństwo na drogę. W pożegnaniu wzięli również udział obaj synowie Sobieskich: czternastoletni Marek oraz o rok młodszy Jan, który później jako król kontynuował budowę klasztoru i kościoła, spełniając w ten sposób testament swoich rodziców.

W podróży towarzyszyli im prowincjał oraz żona fundatora Teofila Sobieska

Opis podróży karmelitanek do Lwowa zawdzięczamy matce Teresie Marchockiej. Na noclegi zatrzymywały się w dworach szlacheckich; w miarę możliwości starały się przestrzegać godzin modlitwy myślnej i unikać kontaktu ze świeckimi. Droga prowadziła przez Wawrzyńczyce, Rogów – gdzie gościła je wojewodzina krakowska – Nowe Miasto, Osiek, Sandomierz, Bełżyce. Do Lublina przyjechały w wigilię święta Wniebowstąpienia Pańskiego (28 maja).

Czekał tu na nie list Jakuba Sobieskiego nalegający do pośpiechu.

Matka Teresa była doskonałą kronikarką, nie pozbawioną poczucia humoru i umiejącą obserwować drobne szczegóły życia. Od niej wiemy, że w podróży nie brakowało im przygód, nie zawsze może miłych, ale przyjmowanych z humorem. Tak np. w Bełżycach, "miasteczku luterskim" – jak zauważyła matka Teresa – dostała im się na nocleg izba "najforemniejsza na wybór", w której w jednym kącie był piec z kokoszami, w drugim zejście do piwnicy, w trzecim gołębie, klepisko zamiast podłogi, "robactwa też różnych rodzajów dosyć było". Stół był tak wysoki, że musiały przy nim jeść na stojąco, "jako onego starozakonnego baranka". Autorce gospoda ta przypomniała hiszpańskie "venty", opisane przez św. Teresę od Jezusa w Księdze fundacji. "Obrałyśmy miejsce jakiekolwiek do odpocznienia…, niedaleko gołębi, bo dalszego nie było, tak prawie siedząc w habitach noc przetrwawszy, a co się która poruszyła, to gołębie gruchot uczyniły, a kwoka za piecem chrapała jak człowiek i nastraszyła nas, bojąc się, że to kto śpi za piecem. Skoro dzień, uczyniły kury pisk, gołębie gruchot i pobudziły lepiej niż klasztorny dzwon".

W Lublinie fundatorki zwiedziły najpierw kościół karmelitów bosych p.w. Matki Bożej Szkaplerznej, "który jest bardzo piękny i wesoły z pięknym ochędóstwem, następnie udały się do pobliskiego klasztoru karmelitanek p.w. św. Józefa. W tym czasie był on pusty, ponieważ zgromadzenie opuściło miasto w obawie przed zarazą i nie zdążyło jeszcze powrócić. Do spotkania doszło w sobotę wieczorem (31 maja). W poniedziałek prowincjał wyznaczył ze zgromadzenia lubelskiego następne dwie siostry na fundację. Były to: s. Katarzyna od Mądrości Bożej i s. Aniela od św. Teresy, miejscowa podprzeorysza. Tego samego dnia wyruszono w dalszą podróż przez Krasnystaw, Dubie, Bychów, Żółkiew, gdzie – już na swoich włościach – witał karmelitanki Jakub Sobieski z córkami. Zatrzymały się tutaj na kilka dni – od czwartku do poniedziałku świątecznego, czyli od 5-9 czerwca. Ostatnią noc przed wjazdem do Lwowa spędziły w Zboiskach, majątku Sobieskich, pół mili od miasta. Tutaj w gorszym wydaniu powtórzyła się przygoda z Bełżyc. Izbę przeznaczoną na nocleg już wcześniej zamieszkały szczury, "których tam tak wiele było, że między nami po izbie chodziły, weszły i w ona słomę, którąśmy już sobie po ziemi przygotowały…" Siostry musiały ustąpić pola szczurom, same lokując się na ławach, najstrachliwsza z nich nawet na stole. Oczywiście o spaniu nie było mowy.

Na szczęście noc była krótka, bo już o czwartej rano trzeba było wstawać, by udać się do Lwowa.

W uroczystej procesji z kościoła sióstr benedyktynek cztery karmelitanki udały się do swego klasztoru. Procesji przewodniczył sufragan lwowski. Wzięli w niej udział karmelici bosi, liczne duchowieństwo diecezjalne i zakonne, bractwa. Tłumy ludzi wypełniły cały szlak łączący oba klasztory. Nie brakło chórów i muzyki, a także "strzelby rozmaitych dział, że się zdało jakoby ziemia się trzęsła… Przed klasztorem naszym zrobiono fontannę, z której woda szła…, obok niej umieszczono figurę małej Teresy de Ahumada y Cepeda, wybierającej się z bratem Rodrygiem na męczeństwo do Maurów.

W kościele p.w. Matki Bożej Loretańskiej fundatorki powitał arcybiskup.

Przed mszą św. arcybiskup udzielił sakramentu bierzmowania m.in. córce Sobieskich.

W Zboiskach ojciec prosił matkę Teresę, by ją pobłogosławiła na godne przyjęcie tego sakramentu.

Po mszy św., odprawionej przez sufragana lwowskiego Andrzeja Średzińskiego, przy furcie klasztornej arcybiskup wręczył matce Teresie klucze do klasztoru, a następnie symbolicznie zamknął drzwi klauzurowe za zakonnicami.

Nazajutrz odbyły się wybory przeoryszy. Została nią – co było oczywiste – matka Teresa od Jezusa.

Niewiele wiemy o dziejach wspólnoty karmelitanek bosych we Lwowie w latach 1642-1648.

Zakonnice zamieszkały w przystosowanym na cele klasztorne drewnianym dworze Sobieskich, obok którego wybudowano również drewniany kościół. Budynki te znajdowały się na wzgórzu poza murami miasta, pod Wysokim Zamkiem. Niewielki kościół posiadał trzy ołtarze: główny p.w. Najświętszej Maryi Panny z Loreto oraz boczne – św. Józefa i św. Teresy. Fundatorzy zaopatrzyli kościół w naczynia i szaty liturgiczne, a klasztor w rzeczy codziennego użytku. Na utrzymanie zgromadzenia przeznaczyli procent z 30 tysięcy złotych, zabezpieczonych na własnych dobrach. W przyszłości zobowiązali się do wybudowania murowanego klasztoru i kościoła. Całość posesji została otoczona wysokim drewnianym parkanem, "gliną białą obmaszczonym".

Zgromadzenie znalazło duchowe oparcie w klasztorze męskim karmelitów bosych, istniejącym we Lwowie od 1613 roku. Do dobrodziejów klasztoru należały liczące się w mieście rodziny mieszczańskie. Karmelitanki nie były tu całkiem nieznane. Już w roku 1620 córka mieszczanina lwowskiego Marcina Desjusza złożyła śluby zakonne w krakowskim klasztorze Św. Marcina. Nic więc dziwnego, że zgromadzeniu nie brakowało miejscowych powołań, tak z rodzin mieszczańskich, jak też szlacheckich. Do roku 1648 siedem kandydatek złożyło śluby zakonne. Dzięki temu obie siostry lubelskie po kilku latach mogły wrócić do swojego klasztoru.

Matka Teresa była nie tylko przełożoną zgromadzenia, ale stała się rzeczywiście jego matką. Wszystkie zakonnice, włącznie z krakowską profeską s. Marią Teresą od ś w. Józefa, były jej nowicjuszkami. Umiejętnością rządzenia, kierowania sumieniami oraz świętością osobistą pozyskała sobie pełnie zaufanie swojej wspólnoty. Zakonnice były przekonane, że tam gdzie nie pomogą ludzkie starania, tam są skuteczne jej modlitwy przed Bogiem.

W marcu 1644 roku gwałtowne roztopy spowodowały, że "wody srogie i niespodziane na klasztorek drewniany, który stał pod górą, napadły, tak że już woda zalewała wszystkie prawie kąty…" Był to Wielki Piątek. W tym czasie matka Teresa, jak w każdy Wielki Piątek, z koroną cierniową na głowie i powrozem na szyi rozważała mękę Pańską we wnęce chóru, w której znajdowało się okienko do przyjmowania komunii św. Siostry, przerażone sytuacją, udały się do niej z prośbą o ratunek. Matka uspokoiła je, przeżegnała wody relikwiarzem, który zawsze nosiła przy sobie i wróciła na swoje miejsce, by dalej modlić się. Zagrożenie minęło, a siostry uznały ten fakt za cud. Może ich pierwsze przerażenie było zbyt wielkie, może zbyt łatwo dopatrzyły się cudu, pozostaje jednak faktem, że wierzyły w niezwykłą skuteczność wstawiennictwa swojej Matki u Boga. Podobnie jak w Krakowie, sława świętości matki Teresy przekroczyła mury klasztoru. Ludzie przychodzili do niej z prośbami o pomoc, przypisując jej modlitwom odwrócenie różnego rodzaju nieszczęść.

Kiedy Teresa Marchocka wybierała się do Lwowa, obawiano się, czy jest dosyć zdrowa, by podjąć trudy nowej fundacji. Obawy okazały się zbyteczne. Starczyło jej zdrowia na wypełnienie wszystkich obowiązków w zgromadzeniu, które dopiero się formowało i gdzie siłą rzeczy zajęć i kłopotów było więcej niż we wspólnocie już ustabilizowanej. Starczyło nawet na więcej. O. Ignacy od św. Jana Ewangelisty, jej spowiednik, aby lepiej rozeznać się w stanach duchowych swojej penitentki, polecił jej opisać wszystko, "co jeno Bóg z tobą czynił" – od czasów dzieciństwa. Stało się to 26 kwietnia 1647 roku, w rocznie złożenia ślubów zakonnych. O. Ignacy był wówczas wikariuszem prowincjalnym, stąd miał prawo wydać jej takie polecenie. Ponadto w tym samym dniu matka Teresa złożyła ślub posłuszeństwa jemu jako spowiednikowi. Buntowała się w duchu przeciw tej dodatkowej pracy, ale wykonała ją, wykorzystując na pisanie wolne chwile.

Jak wspomniano, Sobiescy zobowiązali się wybudować murowany kościół i klasztor. Postanowiono zacząć od kościoła. W roku 1645 rozpoczęto gromadzić materiały budowlane – piasek i kamienie. Prace powoli postępowały naprzód. Nadszedł tragiczny dla Rzeczypospolitej, także dla Lwowa, rok 1648. Już w przeszłości miasto doznało licznych nieszczęść w postaci pożarów czy epidemii pochłaniających tysiące ofiar. Potrafiło się jednak z nich otrząsnąć. Klęski połowa XVII wieku zaciążyły na dalszych losach Lwowa, podobnie jak zaciążyły na dziejach Polski.

Pierwsze wieści o rozgromieniu wojsk koronnych pod Piławcami dotarły do Lwowa rano, 26 września. Początkowo nie dawano im wiary. Kiedy kilka godzin później zjawili się pierwsi zwiastuni klęski, w mieście nastał popłoch. Uciekał kto mógł i kto miał na czym. Mieszczanie postanowili jednak się bronić. Ducha walki nie złamało nawet odejście regularnej armii z Wiśniowieckim na czele. 8 października pod miastem stanęły połączone siły kozacko-tatarskie.

Wszyscy radzili siostrom jak najszybszy wyjazd. Wydawało się, że miasto nie ma żadnych szans na obronę. Nawet w wypadku obrony klasztor i tak byłby narażony na zniszczenie, ponieważ był drewniany i znajdował się poza murami obronnymi miasta. W razie oblężenia sami obrońcy palili budynki na przedmieściach, by nie osłaniały atakujących. Na jak najszybszy wyjazd zakonnic nalegała również fundatorka, nie była jednak w stanie zapewnić im koni i wozów, o które – z powodu masowego wyjazdu mieszkańców ł potrzeb wojennych – było bardzo trudno. Bezpośrednio po wybuchu paniki siostry przeniosły się do miasta. Podobnie uczynili karmelici bosi; również ich klasztor znajdował się na przedmieściu. Przeor postanowił, że oba zgromadzenia opuszczą Lwów. Matka Teresa podtrzymywała siostry na duchu, twierdząc, że chociaż by nawet nie opuściły miasta, nic złego im się nie stanie. Dzięki życzliwości przyjaciół udało się nabyć potrzebne wozy i konie oraz nająć furmanów. Matka najęła także kilku dragonów dla ochrony w czasie drogi oraz postarała się dla nich o list protekcyjny księcia Wiśnowieckiego, aby wiedzieli przed kim będą odpowiadać za swoją służbę. W sobotę, 3 października, wróciły do swego klasztoru na przedmieściu. W niedzielę o zmierzchu wyruszyły w drogę. Drogi na Halickim Przedmieściu były tak rozmokłe, że aby ulżyć koniom, zakonnice szły na piechotę obok wozów. Noc spędziły w zakrystii kościoła dominikanów p.w. św. Marii Magdaleny. Rano w sąsiedztwie kościoła uformowała się liczna kompania – okresowo licząca do tysiąca osób – w towarzystwie której wyruszyły na zachód. Jej szlak prowadził przez Janów, Jarosław, Przeworsk, Rzeszów, Tarnów… Karmelici nie zdążyli wyjechać z miasta. Jedynie w wozach sióstr wysłali do Krakowa najcenniejsze precjoza kościelne.

Kompania, w której znajdowały się siostry, była jedną z ostatnich opuszczających miasto. Następnego dnia, pierwsze podjazdy tatarskie zjawiły się pod Lwowem. Jeden z zagonów puścił się za nimi w drogę, licząc na bogate łupy. Wśród mieszkańców rozniosła się wieść, że Tatarzy zagarnęli siostry. O. Bartłomiej od św. Marcina udał się w tej sprawie do Chmielnickiego prosząc o interwencję. "Chmielnicki rozkazał ojcu, żeby nas do niego przyprowadził od Tatar wziąwszy, nie dając żadnego okupu".

Karmelitankom radzono, by na drogę przebrały się w świeckie suknie. Próbowały to uczynić, ale czuły się bardzo skrępowane i doszły do wniosku, że jednak najlepiej będzie w habitach i ze spuszczonymi welonami. Decyzja okazała się słuszna, "bośmy w naszym habicie zakonnym wszędzie lepsze poszanowanie miały". Mimo to prawie pięciotygodniowa podróż była jednym pasmem udręk. Przez cały czas towarzyszył im strach, że może je zagarnąć podjazd tatarski, oraz obawa napadu rozbójników, zwłaszcza podczas jazdy przez las. Strach – jak zwykle – miał wielkie oczy i wszędzie widział, jeżeli nie prawdziwe, to wyobrażone zagrożenie. "Któż wyliczyć będzie mógł wszystkich okazji, różnych przypadków, sama bojaźń, jaka nas trapiła, cośmy na każdym noclegu ognie widywały nad nami, rozbójników w lasach spotykały, drogę myliły często; zimna były ostre, a droga bardzo zła, błota, wody wylane wielkie; głowy też bardzo wątlały od głodu, bośmy nie jadały aż w nocy na noclegach, jeśli jeszcze co dostali".

O gospody po drodze było bardzo trudno, w gospodach tłoczno, gospodarze a nawet inni podróżni nie zawsze traktowali je życzliwie z powodu spuszczonych welonów i braku chęci do podejmowania rozmowy. W zajeździe koło Przeworska "Baba jakaś siedząca u pieca srodze nam łajała: Czemu to z ludźmi nie mówicie? Nie patrzycie, coście zacz?" Jedna z podróżnych, zajmująca z karmelitankami tę samą izbę, ostro skarciła służącego za to, że je wpuścił do gospody i poleciła, by jej rzeczy zniesiono z karety w obawie, by siostry ich nie pokradły. "My już od śmiechu nie mogąc mówić, poszłyśmy do drugiej izby, nie czekając kija, bo już tylko tego nie dostawało". Na szczęście były też i przyjemniejsze noclegi. W Tarnowie zatrzymały się na dwa dni u bernardynek. "Przyjęły nas one zakonnice z miłym bardzo afektem i usługą, z błota poocierały, poosuszały, nakarmiły, osobliwą ludzkość i miłość okazując". Bardzo życzliwie na ogół traktowali je napotkani po drodze żołnierze, pomagając w przeprawie przez rzeki, w znalezieniu miejsca na nocleg, w podkuciu koni.

Podczas różnego rodzaju zagrożeń okazało się, jak wielkie zaufanie mają zakonnice do swojej Matki. W każdym niebezpieczeństwie skupiały się przy niej, ona strofowała je za brak wiary i nadziei w Bogu i dzieliła się z nimi swoją ufnością. Gdy inne traciły ducha, bały się i trwożyły, tylko Matka zachowywała spokój. Wyjeżdżając ze Lwowa poleciły się św. Józefowi i przez całą drogę z dziecięcą ufnością żądały od niego pomocy. "I tak w każdej okazji do świętego Ojca naszego Józefa uciekałyśmy, aż się dragonowie oglądali, mówiąc: Kędyż ten Józef, że go to co raz wołają?"

W wigilię uroczystości św. Teresy od Jezusa, 14 października, przyjechały do Wawrzyńczyc.

Następnego dnia rano wyruszyły w dalszą drogę. Ćwierć mili od Krakowa w wielkim błocie "znowu" oś się złamała. Nie czekając na naprawienie wozu, ruszyły na piechotę w kierunku miasta, tym bardziej że matka Teresa rozpoznała na horyzoncie klasztor nowicjacki karmelitów bosych. W kościele kończyło się nabożeństwo ku czci Świętej. Przeor i zgromadzenie powitali je z wielką radością, tym większą, że również do Krakowa dotarła wieść o zagarnięciu karmelitanek przez Tatarów. Następnie zaprowadzono je do pobliskiego klasztoru Św. Marcina. Matka Teresa obawiała się tego powrotu. Kilka lat temu chętnie stąd wyjeżdżała i zdawała sobie z tego sprawę, że zakonnice o tym wiedziały. Wbrew tym lękom została przyjęta bardzo serdecznie, zapomniała o dawnych przykrościach, "pokój i miłość z siostrami trzymała, w posłuszeństwie ze wszystkim".

Współcześni szczęśliwą ucieczkę karmelitanek ze Lwowa przed zagrożeniem kozacko-tatarskim uznali za wielkie wydarzenie, za cud prawie, stąd nic dziwnego, że szczegółowy opis tej podróży w przekładzie na język łaciński został przesłany do archiwum generalnego w Rzymie. W języku polskim opis ten znajduje się w kronice klasztoru warszawskiego. W dużym stopniu bohaterką opisu jest matka Teresa Marchocka, która, tak zawsze pozornie słaba, niepewna siebie, tutaj, pośród tylu zagrożeń i niebezpieczeństw okazała się kobietą mężną, zaradną, potrafiła swoją ufnością i wiarą podtrzymywać na duchu pozostałe, w większości bardzo słabe siostry. Ich obaw i strachu nie możemy traktować z politowaniem czy też lekceważeniem. One doskonale zdawały sobie sprawę z tego, na co mogą być narażone w wypadku dostania się w ręce Tatarów. Dla nich słowo "jasyr" było pełne grozy. Określało rzeczywistość, o której mówiło się z przerażeniem w kręgu rodzinnym. Dotyczy to zwłaszcza mieszkańców kresów wschodnich Rzeczypospolitej.

Mieszkańcy Krakowa nie zapomnieli o matce Teresie. Wieść o jej powrocie lotem błyskawicy obiegła miasto. Tłum wypełnił kościół nowicjacki i płac przed kościołem. Ludzie w trakcie kazania o. Pawła Szymona – był uważany za dobrego kaznodzieję! – wyszli z kościoła by ją powitać. Kaznodziei nie pozostawało nic innego jak przerwać i uczynić to samo. Inni ruszyli do klasztoru Św. Marcina, aby tam powitać Matkę i zakonnice przybyłe ze Lwowa. Tłok był tak duży, "że aż ci ubodzy narzekali na państwo, że się nie mogą docisnąć do kraty, żeby świętą widzieli…"

W styczniu 1649 roku, po koronacji (17 stycznia ), odwiedził karmelitanki król Jan Kazimierz,

"osobliwy afekt wyświadczając W. Matce naszej, którą na pospolitość wszyscy świętą nazywali".

Ufność i pokój Matki podczas podróży były owocem głębokiego przeżywania obecności Bożej. Była przekonana, że chrześcijanina nic nie może oddzielić od miłości Bożej. Właśnie w ucisku i utrapieniu tym lepsza jest okazja, aby Bogu okazać swoją miłość i swoje zaufanie dla Niego.

Życie Matki w klasztorze Św. Marcina biegło zwyczajnym torem, bez żadnych zjawisk nadzwyczajnych. Prosiła o to Boga i Bóg wysłuchał jej prośby. Obawiała się bowiem, by między nią a zgromadzeniem krakowskim nie doszło do jakichkolwiek nieporozumień. Jak pisze o. Ignacy od św. Jana Ewangelisty: Była w klasztorze jakby jej nie było, nie wtrącając się do niczego, nawet słowem nie ingerując w żadne sprawy, "tylko żeby pokój i miłość ze wszystkimi trzymała".