I. Wspomnienia z lat dziecięcych i młodzieńczych

1. Wzrastanie
Chmielno, położone blisko Kartuz, jest moim miejscem urodzenia.
Urodziłem się 4 stycznia 1918 r. W tym samym roku moi rodzice przeprowadzili się do Oliwy – przedmieścia Gdańska. Matka moja, Ludwika, otrzymała bogate wiano od swojego ojca, Augustyna Frankowskiego, eksportera obręczy i właściciela fabryki mebli trzcinowych i wiklinowych, położonej w Nowem nad Wisłą blisko Grudziądza.
Ojciec mój, Aleksander, pobudował piękną willę jednopiętrową, w której zamieszkaliśmy wraz z bratem Kazimierzem, siostrą Dobromiłą i drugą siostrą, Janiną. Uczęszczałem do Gimnazjum Polskiego Macierzy Szkolnej w Gdańsku do szóstej klasy włącznie. W latach szkolnych 1934/36 ukończyłem Wyższą Szkołę Handlową Macierzy Szkolnej w Gdańsku.
Do służby spedycji morskiej zaangażowała mnie firma „Atlantic”. Odbyłem praktykę w przeładunkach desek, kantówek i kopalniaków w Wisłoujściu, w załadunkach węgla bunkrowego w basenie Wolnej Strefy oraz w przyjmowaniu ziarna zbożowego do spichlerza portowego wraz z jego konserwacją. Krótko przed wybuchem zawieruchy wojennej prowadziłem dział mączno – zbożowy w gdańskiej centrali „Atlantic”.
Będąc uczniem gimnazjum, zapisałem się do harcerskiego hufca morskiego i jako sternik jachtowy brałem udział w morskich rejsach po wodach Bałtyku (PATRZ: zaświadczenie). Ojciec założył hurtownię materiałów tekstylnych na ul. Reitbahn w Gdańsku naprzeciwko banku oszczędnościowego ( Sparkasse ). Matka Ludwika prowadziła gospodarstwo domowe, wychowując swoje dzieci przykładnie i troszcząc się o ich rozwój fizyczny i duchowy. Była bardzo dobrą matką, wymagającą.
Recesja gospodarcza w 1928 r. spowodowała zamknięcie hurtowni, chorobę ojca i jego śmierć w 1930 r. Matka, chcąc ratować swojego męża i jego firmę, przepisała notarialnie na niego posiadaną nieruchomość. W roku 1933 opuściliśmy nasz dom w Oliwie i zamieszkaliśmy w 5-ciopokojowym mieszkaniu przy dawnej ul. Schichaugasse 8 w Gdańsku. Ponieważ mama ukończyła Szkołę Gospodarczą w Pniewie, założyła jadłodajnię i równocześnie wynajmowała pokoje. W ten sposób przetrwaliśmy czas krytyczny i dalej mogliśmy się kształcić w Gimnazjum Polskim w Gdańsku. Dwa lata później Mama wraz z dziećmi przeprowadziła się do okazalszego mieszkania, 5-ciopokojowego, na pierwszym piętrze, przy ulicy Pfefferstadt 75 (obecnie ul. Korzenna) w Gdańsku. Codziennie, oprócz niedziel, Mama wydawała smaczne obiady 10 – 15 urzędnikom z pobliskiej DOKP (Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych) i również wynajmowała pokoje. My Matce we wszystkim pomagaliśmy. Odeszła od nas już w 1936 roku. Pozostaliśmy sierotami. Dobromiła, moja siostra, kontynuowała po matce prowadzenie stołówki i wspólnie serwowaliśmy smaczne obiady.

2. Wolne Miasto Gdańsk przed zawieruchą wojenną
W okresie międzywojennym Wolne Miasto Gdańsk liczyło ok. 400.000 mieszkańców, w tym Polaków ok. 40.000 . W szkołach podstawowych i na uczelniach pracowali wybitni nauczyciele i profesorowie o rozległej wiedzy i głębokim patriotyzmie.
Do drużyny harcerskiej wstąpiłem już w 10-tym roku życia. Nasza przystań mieściła się w Nowym Porcie, blisko Westerplatte. Przy PKM – Polskim Klubie Morskim – z kilku drużyn powstał w niedługim czasie hufiec morski. Dowodził nim student Politechniki Gdańskiej, Tadeusz Prechitko, kpt. żeglugi jachtowej, lwowianin. Opiekunem był Tadeusz Ziółkowski, komandor pilotów. Na „naszej przystani” posiadaliśmy dwa pełnomorskie jachty żaglowe, dwie trzydziestki (30 m2 żagla) zdatne na Bałtyk, dwie jednostki szkoleniowe, dwie mieczówki typu Finn i dwie szalupy ćwiczebne. Na tych jednostkach – latem na Zatoce Gdańskiej i Bałtyku, a zimą na kursach szkoleniowych – zdobywaliśmy stopnie: żeglarza, sternika jachtowego i sternika morskiego.
Należałem również do gimnazjalnego Stowarzyszenia Sodalicji Mariańskiej, którego przewodniczącym był najstarszy syn z rodziny Skwierczów z Połchowa.
Na ruchliwej ulicy Pfefferstadt corocznie podczas uroczystych świąt, 3 Maja, Święta Niepodległości i innych, na pierwszym piętrze budynku nr 75 z balkonu powiewała polska flaga narodowa o długości 3 metrów, oświetlona wieczorem reflektorem. Cały balkon był ustrojony kwiatami. Tę manifestację polskości Niemcy dobrze pamiętają.

3. Przygotowania do napaści
Znamienny dla Polonii gdańskiej był dzień 18 kwietnia 1939 r., gdy wódz Rzeszy Niemieckiej, Adolf Hitler, przemawiał, żądając przyłączenia Gdańska do Rzeszy i przyznania Niemcom eksterytorialnej drogi przebiegającej przez polskie Pomorze. Rząd polski na przedstawione propozycje nie zgodził się. Po Austrii i Czechosłowacji przyszła kolej na ziemie polskie.
Gdy sytuacja polityczna w Europie stawała się coraz bardziej napięta, na Zachodzie tym głośniej rozbrzmiewał slogan: „Czy warto umierać za Gdańsk?” Nikt nie wiedział wtedy, że miasto to było dla Hitlera pretekstem do wszczęcia zawieruchy wojennej na świecie.
Na ulicach Gdańska – często przy akompaniamencie fanfar i werbli – paradowała umundurowana „Hitlerjugend” . Po mieście maszerowały kompanie szturmowców, którzy przeprowadzali polowe ćwiczenia w najbliższych okolicach miasta.
Wobec trudności na drogach lądowych użyto transportu morskiego, przerzucając znaczne ładunki sprzętu wojskowego z portów Rzeszy i Prus statkami, które pod pretekstem remontów wpływały do basenów gdańskich stoczni. Wyładunek broni odbywał się pod osłoną nocy i był dokonywany nie przez robotników portowych czy stoczniowych, lecz przez szturmowców, których obowiązywała ścisła tajemnica, ale i absolutna cisza podczas pracy. Obstawiono teren stoczni uzbrojonymi posterunkami, strzegąc miejsca wyładunku przed oczyma niepowołanych.
Do Gdańska przybyło wielu młodych ludzi z Prus i Reichu. Byli doskonale wyszkoleni i czekali w koszarach. Przybyło nawet kilkuset ludzi ze sławnego legionu „Condor”, który walczył w Hiszpanii! Granica Wolnego Miasta została przekształcona niemal w linię frontu. Nawet na plaży, pomiędzy Sopotem a Orłowem, ustawiono zasieki z kolczastego drutu. Na szosach wylotowych wbetonowano żelazne kozły.
Ulicami Gdańska, Wrzeszcza, Oruni i Nowego Portu przejeżdżały demonstracyjnie samochody pancerne i całkiem jawnie przeciągały żołnierskie kolumny uzbrojone w ciężkie karabiny maszynowe, moździerze i działa.
Niemiecka prasa w Gdańsku zaczęła publikować nieprawdopodobne brednie o bestialskim znęcaniu się Polaków nad niemiecką ludnością mieszkającą w Polsce. Polska prasa demaskowała te oszczerstwa, jak mogła, ale jej możliwości były ograniczone, poza tym nara-żano się ogromnie, aż po konfiskatę włącznie. I tak między innymi została zamknięta drukarnia mojego wujka, Mieczysława Czyżewskiego, przy ul. Ankerschmiedegasse w Gdańsku. Maszyny zostały zdemontowane i skonfiskowane.
Niemcy czynili niebywałą sensację z przechwycenia jednego wagonu broni przeznaczonego dla polskiej załogi na Westerplatte, a wpłynięcie do Wisłoujścia jednego z największych pancerników niemieckich, „Schleswig-Holsteina”, nazywali kurtuazyjną wizytą. Pancernik stanął na „Zakręcie pięciu gwizdków” i wycelował swoje lufy armatnie na Westerplatte. We wnęce tego zakrętu była usytuowana przystań jachtowa Polskiego Klubu Morskiego.
Wobec tego wzmagającego się napięcia moje siostry, Dobromiła i Janina, wyjechały z Gdańska 26 sierpnia 1939 r. do Nowego nad Wisłą koło Grudziądza do naszych dziadków, Augustyna i Anny Frankowskich.
Pozostałem sam w mieszkaniu przy ul. Pfefferstadt 75.

Comments are closed.